Inteligent w ciemnych okularach

jaruzel-okularyźrodło

Inteligent w ciemnych okularach

Rz

Wojciech Jaruzelski nie był samotnikiem. Jego los i jego wybory były losem i wyborami dużej części polskiej inteligencji. Tej, która uznała, że konieczność historyczna jest, jaka jest, i musimy ją zaakceptować – pisze filozof i publicysta Mateusz Matyszkowicz

Chciałbym uniknąć niesprawiedliwych generalizacji. Ten tekst nie jest o każdym powojennym inteligencie, ale raczej o szczególnym typie, który PRL stworzył. I nie byli to wcale nowi ludzie, inteligenci w pierwszym pokoleniu. Do klasy peerelowskiej inteligencji dołączali także potomkowie rodzin ziemiańskich, osoby wykształcone jeszcze przed wojną. Stworzyli oni nowy model bycia inteligentem, gdzie oczytanie i szerokie wykształcenie połączone było ze służalczą postawą. I gdzie świadomość długiej historii polskiej inteligencji współistniała z przekonaniem o historycznej konieczności. 

Duża część powojennych inteligentów dokonała jednak innego wyboru. Woleli trzymać z tymi, którzy strzelali do związanych oficerów, policjantów, księży, profesorów, zwykłych nauczycieli i urzędników. Sami zajęli miejsce pomordowanych, ale byli już ulepieni z innej gliny. Nowa inteligencja, która wyłoniła się w PRL, była tchórzliwa, intelektualnie niesamodzielna i skłonna do życia w masie. Nauczyła się żyć w kłamstwie i sama kłamała.

Kiedy przyszedł czas sprzeciwu wobec komunistycznej władzy, inteligencja stanęła na wysokości zadania. Po 1989 r. nastąpiła jednak reprodukcja tych wszystkich cech, które nabył inteligent peerelowski. Ten typ znów staje się jedną z możliwości, którą wybiera część osób wykształconych. Powróciła służalczość, niesamodzielność i stadność.

Na uczelniach bez zmian

tvp

Na uczelniach bez zmian 

Bronisław Wildstein przedstawia 03.12.2008

Po upadku komunizmu większość polskich instytucji przeszła radykalną transformację. Szkoły wyższe nie zmieniły się jednak na jotę. A przecież powinny wytwarzać elity, które budują przyszłość kraju i modelują wzorce zachowań. 
Czy uniwersytety w PRL osiągnęły kształt doskonały?  Czy stare, dobre uniwersytety są dziś Świątyniami Nauki? 
BRONISŁAW WILDSTEIN PRZEDSTAWIA różne twarze zjawiska, który jedno ma imię: kryzys etyczny uniwersytetów. 
Przypadek wielkiego astronoma Aleksandra Wolszczana wstrząsnął Polską, ale nie był to przypadek typowy. Zwykle mało wybitni naukowcy podejmowali współpracę z SB, a agenturalność pomagała im robić naukowe kariery. 
Niezwykła tolerancja dla plagiatu, to inny przejaw schorzenia. Na pierwszy rzut oka nie ma związku z przyzwoleniem dla dawnych konfidentów w roli akademickich wykładowców. Ale jeśli traktujemy uniwersytety poważnie, nie możemy sprowadzić ich do roli fabryk, produkujących specjalistów. A uczciwych specjalistów nie da się wykształcić poza etyką. 
Dlatego zrywamy zmowę milczenia wokół ciemnych stron polskich uczelni!

Nauka i media w służbie PRL

pkin

Dialog z PRL-em

Nauka i media w służbie PRL

Nasz Dziennik, Sobota-Niedziela, 22-23 listopada 2008, Nr 273 (3290)

Dziennikarze i naukowcy, w tym historycy, należeli w PRL do grup zawodowych najbardziej infiltrowanych przez komunistyczne służby specjalne, choć wiele dokumentów na ten temat jest wciąż niedostępnych dla badaczy. O tych problemach dyskutowano podczas trzydniowej konferencji naukowej. 

Prezes Instytutu Pamięci Narodowej Janusz Kurtyka podkreślił, że partia komunistyczna dążyła do tego, aby historycy włączyli się „w realizację propagandy dziejowej”. Dlatego badania historyczne były kontrolowane przez władze, a interpretacja zdarzeń z naszej historii była narzucana przez komunistów i mogła się zmienić tylko wtedy, gdy zmieniały się cele i strategia PZPR. 
Profesor Krzysztof Kawalec z Uniwersytetu Wrocławskiego nie ma wątpliwości, że skutki PRL wciąż odczuwamy. – Nie jestem do końca przekonany, czy upadek komunizmu zlikwidował wszelkie blokady. Gdybym miał np. ponownie dzisiaj pisać o endecji, to bardzo bym się nad tym zastanawiał – stwierdził Kawalec. Prawomyślności naukowców, a jeszcze bardziej dziennikarzy pilnowała również cenzura. Doktor Zbigniew Romek z Instytutu Historycznego PAN zauważył, że najważniejsza cenzura odbywała się już na etapie redakcyjnym, a dopiero później na wyższych szczeblach. Przypominając procedury obowiązujące przy wyjazdach polskich uczonych do państw kapitalistycznych, dr Patryk Pleskot z IPN w Warszawie stwierdził m.in., że często to nie polityka, ale układy towarzyskie decydowały o tym, kto wyjeżdżał, kto był typowany do wyjazdów zagranicznych. Dodał, że często w tej kwestii przecenia się rolę SB.
Marek Zygmunt, Wrocław

Genetyka niepodległościowa


Wprost, 46/2008 (1351)

Wychodzący z PRL półinteligent nie potrzebował i nie rozumiał pojęcia niepodległości
Niepodległość pojawiła się na horyzoncie polskiej wyobraźni dopiero około 1733 r. – jako pojęcie odrębne od indywidualnej wolności. Caryca (Anna Iwanowna) pierwszy raz wybrała wtedy polskiego króla, wprowadzając go przy pomocy swojego wojska na tron. Carscy ambasadorowie jednak już wcześniej (od kilkunastu lat) gospodarowali w Warszawie, a na prowincji ich porządki wprowadzali sołdaci. Wtedy dopiero polska szlachta zaczęła pojmować, że jest taka wartość jak niepodległość, wcześniej nieznana, bo naturalna jak powietrze. Kiedy tego powietrza zaczęło brakować, kiedy z jego braku zaczęła się dusić obywatelska tożsamość, Stanisław Konarski począł upowszechniać nie tylko myśl o naprawie Rzeczypospolitej, ale i samo pojęcie niepodległości. 
Nie od razu, ale w ciągu następnych kilkudziesięciu lat przyjęło się ono jako najważniejsze słowo w politycznym wokabularzu Polaków. Walczono o tę niepodległość zaciekle i uparcie przez następnych bez mała dwieście lat. Z wielkimi ofiarami w każdym kolejnym pokoleniu – wśród powstańców, konspiratorów, emigrantów, legionistów. Udział w tej sztafecie był największym powodem do dumy. „Niech o tem wie daleka potomność, że jeżeli Ojczyzny bronić nie umieliśmy, tedy umrzeć za nią umieliśmy” – pisał Kazimierz Pułaski w imieniu konfederatów barskich doświadczających niepowodzenia swoich starań o ratowanie Rzeczypospolitej.

Procent kiepskich profesorów jest taki sam jak kiepskich studentów

Studenci już się nie buntują

Tygodnik Powszechny

Tadeusz Sławek: Młodzież jest dziś taka sama, choć funkcjonuje w innym środowisku. Spora liczba młodych ludzi pojmuje wiedzę jako umiejętność naciśnięcia właściwego klawisza komputera. Mirosław Handke: Procent kiepskich profesorów jest taki sam jak kiepskich studentów. Tyle że studenta można oblać, a profesora nie można wyrzucić.

Handke: Dziś doszliśmy do sytuacji, w której prawie 90 proc. populacji zdaje egzamin dojrzałości. Zdecydowana większość maturzystów idzie na studia, tymczasem niektórzy twierdzą, że mentalnie do pełnych studiów akademickich zdolne jest ok. połowy populacji. Jeżeli wskaźnik skolaryzacji na studiach przekracza 50 proc., to musi to się dziać kosztem obniżenia ich poziomu.

Sławek:  Problemem jest też system prawny, np. rektor uczelni ma związane ręce: czy chciałby przyjąć wyłącznie najlepszych, czy nie, musi swoim pracownikom zapewnić pensum.

Handke:  Na uczelniach wyższych ciągle kwitnie PRL

Sławek: Obraz sytuacji jest nieczysty – bo okrzyk „bądźmy jak Amerykanie” płynie przecież z Brukseli, która chce, by uczelnie szukały pieniędzy w biznesie. A równocześnie realia w ogóle nie są amerykańskie. Nawet na Zachodzie Europy. Co więcej: polskie prawo, zwłaszcza dotyczące zatrudnienia na uczelni, jest beznadziejne. W związku z tym mamy dwie tendencje: tę naturalną, dążącą do wykształcania się hierarchii uniwersytetów z elitą na czele, i drugą, która to deformuje. W efekcie będziemy jeszcze długo otrzymywać monstrualne hybrydy: z jednej strony będziemy się uważać za doskonałych, a z drugiej pierwsza kontrola wypomni rektorowi, że profesorowi X brakuje 20 godzin do pensum.
Polskie szkolnictwo wyższe jest przebiurokratyzowane i przeadministrowane.

Handke: Niestety. Ale to też wskazuje na kolejny element PRL w szkolnictwie wyższym. Zapłaciło ono wysoką cenę za to, że ustawa o szkolnictwie wyższym powstała już w połowie roku 1990, nie mogła więc przewidzieć tego, co zdarzyło się później. W efekcie spetryfikowała zły system. Nałożyły się na to gwarancje, jakie dano profesorom – analogiczne do Karty Nauczyciela w  szkolnictwie. Zapewniono im spokojny byt, system administracyjnych awansów, brak zasad selekcji do profesury; rozmydlono stopnie naukowe. Nie ma dziś limitów na liczbę profesorów, a równocześnie utytułowany profesor nie musi nawet udawać, że pracuje – i nic mu nie grozi. Procent kiepskich profesorów jest taki sam, jak kiepskich studentów. Tyle że studenta można oblać, a profesora nie można wyrzucić.

Sławek: Przybyło kilkaset procent studentów, ale tylko 7 procent kadry. To właściwie nie wymaga komentarza. Moją ciągłą pretensją jest to, że nasz system wciąż nie dowartościowuje jakości dydaktyki. W awansie profesorskim praktycznie się ona nie liczy.

Handke: Jakość profesora w dużej mierze może wymusić student, ale to mechanizm zwrotny, gdyż tylko dobry i umotywowany student będzie o to zabiegał. U nas, niestety, te mechanizmy nie funkcjonują.

Handke: Jest wiele przyczyn. M.in. taka, że mierny naukowiec, jeśli tylko będzie realizował wymogi ustawowe, może dojść do tytułu profesora zwyczajnego. Każdy stopień naukowy jest opleciony gąszczem szczegółowych przepisów, zamiast systemu akredytacji, który sprawdzałby jakość promowanych doktorów i profesorów. Tymczasem u nas zamiast akredytacji działa peerelowski system, który np. dla pewnych uprawnień wymaga ośmiu, niekoniecznie wybitnych, samodzielnych pracowników naukowych, a pięciu wybitnych naukowców (nawet noblistów) – uprawnień nie zapewnia. W ten sposób nie promujemy w ogóle wybitnych i niepokornych. Bo światoburcze koncepcje, nawet jeśli są nieprawdziwe, w nauce są rozwijające, gdyż powodują ferment, wzniecają dyskusję. A takie w obecnym systemie są utrącane. W zamian dominuje rzemieślnicze podejście do nauki, z koncepcjami poprawnymi, w których jednak nie ma nic dla nauki przełomowego.
Musimy to zmienić, ale nasze środowisko nie jest do tego zdolne. Próbowałem jako minister i przegrałem. Po moim odejściu powstała ustawa, która spetryfikowała istniejący układ. Jestem więc przekonany, że zmiany w szkolnictwie wyższym może przeprowadzić tylko ktoś spoza środowiska.

Sławek: Rzeczywiście, nasze środowisko musi zdać sobie sprawę, że w jego obecnym stanie zreformować się go nie da. Rzecz bowiem nie w regulacjach prawnych, bo prawem nie da się opisać postaw, których brakuje.

Handke: Chcenie także można w pewnym stopniu wymusić. Dziwiłbym się, gdyby profesorowie chcieli zmian działających przeciw ich wąsko rozumianemu interesowi. Kto zrezygnuje z dodatkowego etatu czy innych beneficjów? Tymczasem zmiana w szkolnictwie wyższym musiałaby się zacząć od ich odbierania. Nie chodzi nawet o te czysto finansowe, lecz np. o pewność zatrudnienia do emerytury. Dziś profesor nie musi się o nic starać, bo nikt go z pracy nie wyrzuci.

Sławek: Tyle że każdy profesor, na podstawie owego słynnego algorytmu, przynosi uczelni pieniądze.

Handke: To jeden z petryfikujących zły system mechanizmów. A inny polega na tym, że uczelnie są przedemokratyzowane. Rektor ani dziekan niewiele mogą zrobić, bo jakąkolwiek zmianę chciałby przeforsować dziekan, musi przejść przez Radę Wydziału, na której spotykają się interesy zasiadających w niej profesorów.

A studenci?

Handke: Często bywają przede wszystkim przedmiotem manipulacji, co widać podczas wyborów rektorskich: kto kupi sobie studentów, zwiększa szanse wygranej, bo ich głosy to ok. 20 proc. A studenci mają w nosie, jaka będzie uczelnia, bo nie czują się z nią związani.

Lustracja naukowców PRL-u

Geolog lustruje naukowców.ZAMIAST TECZEK STRONA W INTERNECIE
Polska
Józef Wieczorek, z wykształcenia geolog, zachęca naukowców z całej Polski do nadsyłania informacji na temat współpracy środowisk akademickich ze służbami bezpieczeństwa w okresie PRL.
Strona http://lustronauki.wordpress.com/
powstała zaledwie kilkanaście dni temu.
Józef Wieczorek, z wykształcenia geolog, zachęca naukowców z całej Polski do nadsyłania informacji na temat współpracy środowisk akademickich ze służbami bezpieczeństwa w okresie PRL.
zaprasza do współpracy wszystkie osoby, które mają materiały bądź coś do powiedzenia w sprawie współpracy nauczycieli akademickich z SB. Kilka dni temu zwrócił się z apelem do środowiska lubelskiego. O jakie informacje chodzi? O materiały dotyczące metod weryfikacji kadr akademickich, przypadków wykluczania niewygodnych naukowców i nauczycieli akademickich, kolaboracji naukowców z systemem komunistycznym poprzez współpracę z SB czy z PZPR, podejmowaną dla umocowania swoich karier naukowych i czy niszczenia cudzych.

Nie powinni pracować na państwowych uczelniach

Newsweek Numer 42/08

Na etycznym indeksie

Naukowcy, którzy współpracowali z peerelowską Służbą Bezpieczeństwa, nie powinni pracować na państwowych uczelniach – twierdzą Polacy.

Kolejny profesor donosi

ZDZISŁAW SADOWSKI – TW „ROBERT”

Gazeta Polska

Zdzisław Sadowski, honorowy prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego i redaktor naczelny pisma „Ekonomista”, był zarejestrowany jako tajny współpracownik SB o pseudonimie „Robert” – wynika z akt zgromadzonych w IPN. SB posługiwała się nim do rozpracowywania znanego ekonomisty, prof. Edwarda Lipińskiego.

Bezpieka chciała kontrolować za pośrednictwem TW szczególnie takich profesorów, jak Edward Lipiński, Michał Kalecki czy Włodzimierz Brus. Sadowski potwierdził swoje kwalifikacje do tego zadania, stwierdzając w obecności oficera SB, że zna wszystkich znaczących ekonomistów. 

W opisie TW dokonanym po rozmowach wstępnych z kandydatem podkreślono, że jest on „lojalnym obywatelem PRL, któremu mocno zależy na dobrej pozycji naukowej, zarówno wśród organów państwowych, jak i wśród ekonomistów”. 

Motywację dla pozyskania Sadowskiego stanowiła „osobowość figuranta i fakt, że od lat jest związany towarzysko z interesującymi nas osobami”. Dotyczyło to ekonomistów polskich i naukowców z państw kapitalistycznych. SB miało też na uwadze, że kandydat na TW zna biegle angielski i często towarzyszy obcokrajowcom przyjeżdżającym do Polski. Ppor. Dobrogoszcz zapisał, że kandydat zostanie pozyskany ze względów patriotycznych. Oficer zaproponuje mu także wynagrodzenie za współpracę ze służbami. „W związku z wysoką inteligencją kandydata i pełnieniem przez niego wysokich funkcji zobowiązanie o współpracy nie zostanie pobrane – a uczyni się to dopiero w trakcie współpracy” – zanotował podporucznik.

– W latach pięćdziesiątych były wytyczne, by przy werbowaniu osób ze środowisk naukowych odstępować od formalnej rejestracji – mówi Grzegorz Majchrzak z IPN. – Zdarzało się bowiem, że osoba, która spotykała się z UB i czerpała z tego korzyści, przy próbie formalizacji odmawiała wszelkich kontaktów– wyjaśnia historyk.

Bezpiece zależało przede wszystkim, by Zdzisław Sadowski udzielał informacji o prof. Edwardzie Lipińskim, przeciwko któremu prowadziła sprawę o krypt. „Dziadek”. 

W latach 50. profesor Lipiński nie mógł prowadzić wykładów na SGH, później pozbawiono go funkcji prezesa Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Aleksander Wolszczan – powrót z gwiazd


źródło
Aleksander Wolszczan – powrót z gwiazd
Polska
Trzy ostatnie dekady minionego wieku zadecydowały o karierze astronoma. Lata 90. wyniosły go na szczyty. Ujawnione teraz fakty z lat 70. mogą go zrzucić z piedestału….
Jedno Wolszczanowi trzeba zapisać na plus: że wobec bezspornych dowodów nie zaprzeczał, nie nabrał wody w usta, tylko zjawił się w kraju i próbował stawić czoło zarzutom. Ale styl tej obrony wypadł fatalnie. Trudno wszak poważnie traktować zapewnienia, że pieniądze i prezenty odbierał, bo taką ma „niekonfrontacyjną” filozofię, i że potem szedł z nimi na most nad Wisłą, skąd zrzucał je w odmęty królowej polskich rzek.
Jak na wytrenowanego w posługiwaniu się umysłem naukowca jest to wytłumaczenie tak mało inteligentne, że może nawet prawdziwe. Ale prawdopodobieństwo, że tak właśnie było, wydaje się znikome.
Odkrywca pierwszych planet poza Słońcem twierdzi także, że swoimi donosami nikomu nie zrobił krzywdy. Tego nigdy nie wiadomo; identycznie tłumaczy się zresztą gros tajnych współpracowników SB. Możliwe, że raporty „Langego” nie zawierają rewelacji – mimo to oficerowie pisali o nim: „zdyscyplinowany, sumienny, udziela cennych informacji”, „źródło perspektywiczne, cenne do wykorzystania w przyszłości”. Trzeba pamiętać, że Sowieci naciskali na SB, by mieć jak najwięcej agentów w środowisku nauk ścisłych. Niepozorni asystenci będą awansować i z czasem znajdą się w miejscach trudnych do spenetrowania albo wręcz niedostępnych dla agentów radzieckich. Możliwe więc, że wartość „Langego”, nikła w toku bieżących kontaktów, była dla SB bardzo wysoka w sensie potencjalnym. Jeśli tak, SB miało nosa, jego oficerom należałoby pogratulować wyboru i przenikliwości – „Lange” istotnie zaszedł daleko.

Dwugłos o wolności badań naukowych

Badacz nie może być prokuratorem
Rz
Problem z IPN polega na tym, że badania naukowe są prowadzone przez organ władzy publicznej, który jednocześnie zajmuje się lustracją – piszą członkowie Komitetu Helsińskiego w Polsce i Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Nie domagamy się ograniczenia wolności badań naukowych z zakresu historii PRL. Wyrażamy natomiast nasze głębokie zaniepokojenie i chęć wyjaśnienia do końca sytuacji wynikającej zarówno z regulacji prawnych, jak i określonej praktyki, w której jeden organ władzy publicznej gromadzi w swych rękach funkcje, których wykonywanie może prowadzić do konfliktu interesów i naruszania zasad konstytucyjnych.Instytut Pamięci Narodowej oprócz działalności edukacyjnej, w ramach której prowadzi badania naukowe i publikuje ich wyniki, wykonuje również funkcje prokuratora w postępowaniach lustracyjnych, przygotowując materiały procesowe w sprawach, których przedmiot pokrywa się z materią badań naukowych. Taka dwoista rola, jak pokazała praktyka, nie jest do pogodzenia w ramach jednej instytucji.
Helsińska Fundacja Praw Człowieka nie ocenia trafności wniosków badań naukowych przeprowadzonych przez autorów. Uznaje jedynie za niedopuszczalne połączenie w jednej instytucji publicznej ról, których nie można ze sobą pogodzić: badacza naukowego oraz prokuratora lustracyjnego

Krucjata Komitetu Helsińskiego
Piotr Gontarczyk:
„W brutalnej nagonce, którą rozpętano przeciwko książce „Lech Wałęsa a SB. Przyczynek do biografii” oraz Instytutowi Pamięci Narodowej aktywny udział bierze instytucja, która – przynajmniej w teorii – powinna bronić wolności badań naukowych.
W blasku przeszłości
Komitet Helsiński powstał w Polsce w czasie stanu wojennego (1982 r.) i miał duże zasługi w polskiej drodze do niepodległości i otwartego społeczeństwa. Dziś jego rola przedstawia się zupełnie inaczej. W wielu jego działaniach pod szyldem Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka wyraźnie widać silną ideologizację i jednoznacznie polityczne zaangażowanie. Zamiast bronić zasad konstytucyjnych i przyrodzonych praw ludzkich w wielu dziedzinach Fundacja działa w dokładnie przeciwnym kierunku.Kiedy przez wiele miesięcy pod adresem autorów dopiero zapowiadanej książki o Lechu Wałęsie sypały się wyzwiska, Fundacja Helsińska nie odezwała się nawet słowem. A przecież wolność badań naukowych powinna mieścić się w katalogu bronionych przez tę instytucję wartości. „