Zarabiające dyplomy


źródło

Dyplom daje zarobić
RZ,23.07.2008
Poziom wykształcenia a wysokość pensji. Opłaca się kończyć studia. Ludzie z dyplomem wyższej uczelni mogą liczyć na zarobki średnio o niemal 2,7 tysiąca złotych miesięcznie większe niż osoby gorzej wyedukowane….Ponad 5,1 tys. zł brutto miesięcznie zarabia średnio w Polsce osoba z wyższym wykształceniem. To o 2,2 tys. zł więcej niż ludzie mogący się pochwalić jedynie maturą. Pensje pracowników po podstawówce są jeszcze niższe. Dzieli je prawie 2,8 tys. zł od płac ludzi z dyplomem wyższej uczelni – wynika z analizy wynagrodzeń w różnych sektorach gospodarki przeprowadzonej przez „Rz”. Nie ma w Polsce branży, w której ludzie z wyższym wykształceniem zarabialiby poniżej średniej krajowej (ok. 3215 zł). W niektórych sektorach gospodarki płace ludzi z dyplomem uczelni wyższych są dwa lub więcej razy wyższe od płac ich gorzej wykształconych kolegów.

Trwa awans płacowy wykształconych
Najlepiej zarabiają ludzie z wyższym wykształceniem. Przed transformacją ich pensje były o około 35 proc. wyższe niż osób z wykształceniem podstawowym. Od 2004 r. różnica sięga 100 – 120 proc.
Z szacunków ”Rz” wynika, że najwięcej przeciętnie zarabiają ludzie z dyplomem wyższej uczelni w górnictwie, przedsiębiorstwach produkujących koks i w rafineriach (ok. 6,7 tys. zł). W poszczególnych dziedzinach przemysłu przetwórczego wynagrodzenie ludzi wykształconych przekraczają 5 tys. zł.
Ale są też dziedziny, gdzie płaca jest tylko nieznacznie wyższa od przeciętnego wynagrodzenia w firmach. Dzieje się tak w edukacji, ochronie zdrowia oraz w turystyce. Tam pensje oscylują w granicach 3500 – 3600 zł. W sektorze publicznym najmniejsza też jest dysproporcja między wynagrodzeniami uzależniona od wykształcenia

Ucz się dziecko, ucz…
Oczywiście nie każde wyższe wykształcenie zawsze wygra pojedynek na pensje np. z dyplomem technika. O tym też trzeba pamiętać. A wybory młodych Polaków nie zawsze tę prawdę uwzględniają. Zdają się też jej nie dostrzegać niektóre uczelnie, których oferta edukacyjna jest nieraz bardzo odległa od potrzeb rynku pracy.
Dlatego jeśli chcemy, by nasza gospodarka naprawdę mogła wykorzystać potencjał krajowych uczelni, więzi między jedną a drugą sferą muszą być znacznie silniejsze. A finansowa premia za wykształcenie powinna być jeszcze wyższa niż dotąd. Bo tylko w ten sposób powstrzymamy odpływ dyplomowanych mózgów do – nieraz – fizycznej pracy za granicą. To, że migrację tę tak naprawdę powstrzymała malejąca różnica kursowa, a nie świadome działania, najlepiej pokazuje, ile mamy jeszcze do zrobienia na naszym rynku pracy.

Maleszka i inni


Autorki „Trzech kumpli” dla DZIENNIKA, sobota 19 lipca 2008 „Spotkanie Maleszki było szokiem
Od osiemnastu lat co kilka miesięcy przeżywamy aferę, bo ktoś się okazuje agentem. Te historie pękają jak wrzody, zamiast być przecięte na samym początku. Na kłamstwie nie można zbudować niczego dobrego. Jeśli nie możemy rozliczyć tych, którzy bili ludzi i łamali im życie, to po co rozliczać nazistów? Enkawudzistów? Po co ścigać zabójców i złodziei? Ja nie chcę żyć w świecie, w którym umoralniające kazania wygłasza ktoś, kto sprzedał przyjaciela – mówi w DZIENNIKU Anna Ferens, jedna z autorek filmu „Trzech Kumpli”.
Czy przed „Trzema kumplami” walczyłyście jakoś z komuną, postkomuną, „czerwoną pajęczyną”?
ES: Studiowałam polonistykę we Wrocławiu i jeszcze zahaczyłam o ostatnie strajki w ’89, ale to nie było już żadne ryzyko, bo system upadał. Walka z komuną to był raczej przykład rodziców, którzy się nie złamali, choć za przyzwoitość zapłacili wysoką cenę. Tato, utalentowany chemik, kierował dużym zakładem produkcyjnym, nigdy nie zapisał się do partii. Zwolniony z pracy w trzecim dniu stanu wojennego dostał wilczy bilet. Bardzo to przeżył. Był ambitny, a nie mógł znaleźć pracy nawet jako portier 300 km od domu.

Widacki: Śmierć Pyjasa to był wypadek
Robert Mazurek rozmawia z Janem Widackim
Prof. Marek napada na autorki filmu
No nie, proszę pana, profesor Marek ma 90 lat!
I co to ma do rzeczy?
To, że to starszy schorowany człowiek, który zapłacił za tę sprawę karierą akademicką.
…..
Czemu nie wytoczył pan procesu „Rzeczpospolitej”, gdy napisała, że był pan wykładowcą w szkole SB?

Bo wydrukowała moje sprostowanie. Nie byłem żadnym wykładowcą. Jeszcze przed stanem wojennym prowadziłem na Uniwersytecie Śląskim seminarium doktorskie i miałem kilku doktorantów ze szkoły MSW w Legionowie. Ponieważ MSW nie godziło się, by oni jeździli całą grupą, to kilkakrotnie ja przyjechałem do nich.

Czyli był pan tam wykładowcą?

Nie byłem, przyjeżdżałem tam tylko na spotkania z moimi doktorantami. Raptem trzy, cztery razy.

Płaciła panu szkoła MSW czy uniwersytet?

Za to płaciła mi szkoła w Legionowie w ramach godzin zleconych.

Czyli miał pan tam zajęcia.

To nie były zajęcia, tylko seminarium.

Czysty spór słowny. Na moim uniwersytecie seminarium to były zajęcia.

Nie byłem tam wykładowcą, bo nie miałem ze szkołą stosunku pracy. Ja się tych kontaktów nigdy nie wypierałem. Nawiasem mówiąc, potem zabroniono im kontaktu ze mną, a po 13 grudnia nie miałem z tą szkołą żadnego kontaktu.

Czuje się pan politykiem?

Polityka mnie interesuje, ale ani ona, ani adwokatura nie jest moją największą pasją, Czuję się głównie naukowcem, wykładowcą akademickim, to mnie naprawdę interesuje.

Nabijają studentów w butelkę

Nabijają studentów w butelkę
tvn24
W Ameryce ogarniętej kryzysem szanse na dobrą pracę dla studentów z Polski maleją z miesiąca na miesiąc. Odczuli to dotkliwie polscy studenci, którzy zostali nabici w przysłowiową „butelkę”
W zeszłym roku z programu Work & Travel czyli „Pracuj i Podróżuj” skorzystało 22 i pół tysiąca polskich studentów. Każdorazowo za samo załatwienie pracy w USA płacili od 2 do 3 tysięcy złotych. Razem z kosztami wizy i przelotu wydatki dochodziły nawet do 6 tysięcy. Dopiero na miejscu okazywało się, ze praca nie jest taka jak być powinna, albo jej wcale nie ma.