O nauce polskiej 20 lat później

Co słychać starego? czyli o nauce polskiej 20 lat później

Opcja na prawo , Nr 7-8/91-92, lipiec – sierpień 2009,

Czwarty czerwca 1989 r. to dla wielu Polaków jedna z dat przełomowych, data wychodzenia z komunizmu. Ale czy naprawdę wyszliśmy z komunizmu ? Chyba nie do końca. Co więcej, nie za bardzo chcemy się z komunizmem rozliczyć. Ustawy dokomunizacyjnej mimo upływu lat nie ma do tej pory i chyba chodzi o to, aby już nigdy jej nie było. W sprawie lustracji środowisko akademickie, zwykle konformistyczne, wykazało się iście heroiczną postawą, organizując bunt antylustracyjny. W walce o niepoznanie własnej historii wreszcie ujawnił się nonkonformizm, tak na co dzień deficytowy. Widać przeszłość środowiska akademickiego to sprawa poważna, skoro na jej poznanie uczelnie same sobie nakładają kaganiec, ograniczają wolność swoich badań.

Habilitacja jest głównym hamulcowym

Profesor bez namaszczenia

GW

Ironia życia: wyjeżdżam do Szwecji, bo syn sekretarza PZPR dostaje etat na uczelni, a ja nie. Chcę wrócić 19 lat później, ale moje osiągnięcia się nie liczą, fory ma syn dziekana – mówi prof. Stanisław Karpiński, biotechnolog, naukowiec z najwyższym stypendium w Polsce (do 350 tys. zł rocznie na rękę).

Sławomir Zagórski: Po blisko 20 latach na Zachodzie wraca pan do kraju i rozkręca duży program badawczy. Trudny jest taki powrót?

Prof. Stanisław Karpiński: Piekielnie. Ale wyszedłem na prostą: po wielu miesiącach prób i starań zdobyłem pieniądze z Fundacji na rzecz Nauki Polskiej na badania i miejsce pracy w Katedrze Genetyki, Hodowli i Biotechnologii Roślin warszawskiej SGGW.

Dlaczego szło to tak opornie?

– Bo w Polsce nie ma systemowych rozwiązań, żeby ludzie tacy ja, z poważnym dorobkiem, wracali do kraju i mogli być zatrudniani na równych prawach co tutejsi badacze.

W systemie zachodnim najwyższy stopień naukowy to doktorat, a w Polsce habilitacja, i to ona jest głównym hamulcowym. W Polsce zachodni profesor może być zatrudniony najwyżej jako adiunkt.

W Chinach, Indiach, Japonii rządy zabiegają o to, aby specjaliści wracali ze Stanów czy Europy i dają im miliony na badania. U nas raczej rzuca się kłody pod nogi. Zdolni, utytułowani przybysze to niepotrzebna konkurencja dla miejscowej naukowej konserwy i nomenklatury. Ale nie wszędzie, to się zaczyna zmieniać….

Ten system niełatwo zmienić przede wszystkim ze względu na opór samego środowiska.

– No właśnie. Ten stary układ pasuje zbyt wielu osobom. Dlatego muszą się znaleźć odważni ludzie w rządzie, w parlamencie. Wybrano ich, żeby prowadzili naród, a nie po to, żeby po wyborach pytali dziesięć razy narodu, czy mogą przeprowadzić jakieś zmiany. Tymczasem pani minister przez półtora roku konsultuje się ze środowiskiem, a konferencja rektorów mówi, że ma zostać habilitacja. 

A habilitacja to hamulcowy rozwoju! Przecież wiadomo, o co tu chodzi. O konserwę! Habilitacja to coś takiego jak przynależność do partii w komunistycznych czasach: „Ty jesteś mój, namaszczony przeze mnie”…..

Panie profesorze, powiedział pan parę gorzkich słów na temat polskiej nomenklatury naukowej. A jacy są nasi studenci?

– Studenci tutaj to skarb, to nasza przyszłość. Zainteresowani nauką, głodni wiedzy. Potrzebują dobrych nauczycieli, a nie przeładowanych programów.

Wszyscy od lat narzekają na ich poziom.

– Poziom studentów i studiów spada, bo uczelnie się nie reformują, nie wymieniają kadry. Nikt nie jest zainteresowany studiowaniem ogrodnictwa, ale wielu byłoby zainteresowanych biotechnologią. Mimo to rektor hamuje powstanie tego wydziału. Jasne jak słońce.

Po co kształcić biotechnologów, skoro nie ma dla nich pracy?

– Nie ma pracy, bo nie ma przemysłu biotechnologicznego. A bez biotechnologów go nie zbudujemy. To wszystko jest pionierska robota. Orka na ugorze. Ale to się zmieni. Gdybym w to nie wierzył, do Polski bym nie wracał.

Naukowiec powinien być milionerem


źrodło
Naukowiec powinien być milionerem
Wywiad z prof. Janem Lubińskim ( rozmawia Jarosław Grzędowicz)
Niezależna Gazeta Polska, 1 sierpnia 2008

Działalność Pańska i Pańskich kolegów stanowi zaprzeczenie ducha niemożności przenikającego polską naukę Państwo nie mają nic wspólnego z poglądem, że sytuacja nauki jest beznadziejna, że w Polsce nic się nie da zrobić
.
Pięć lat pracowałem na Zachodzie i zauważyłem, że tamtejsi naukowcy są zmuszeni walczyć o byt na bardzo wysokim stopniu determinacji. W Ameryce uczonym jest bardzo trudno. Naukowiec w każdej chwili może stracić pracę , musi stale zabiegać o fundusze na badania. Może się tak zdarzyć, że ktoś utytułowany, profesor, w wieku 50 lat nagle zostanie bez pracy, bo nie dostał jakiegoś grantu. Widziałem takie przypadki. I wtedy nauczyłem się , że także po powrocie do Polski trzeba radzić sobie w każdej sytuacji. To nic, że brakuje pieniędzy na badania i że warunki są kiepskie. Nie należy narzekać, tylko próbować coś zbudować i przy odrobinie szczęścia uda się sięgnąć nawet po najwyższe laury.

Czy polska nauka nie potrzebuje rozwiązań systemowych, żeby wyjść z kryzysu?

Jeszcze jak! Powiedziałbym, że tu wszystko jest do zbudowania. Prawo patentowe, przepływ kapitału, wdrożenia… Tu jednak pomału coś się dzieje. Wspaniały ruch wykonała obecnie giełda, żeby pomóc uzyskać kapitał takim firmom wdrożeniowym, jak Read-Gene. A drugim rozwiązaniem systemowym powinno być to, by decydentami w nauce zostawali tylko ludzie, którzy mają odpowiednie parametry zawodowe – odpowiednią liczbę publikacji w renomowanych pismach, patentów i osiągnięć. Tylko wtedy będzie gwarancja, że te pieniądze, które są przeznaczane na naukę, będą rozdysponowywane rozsądnie.

Zatem kwalifikacje, nie tytuły?

Dokładnie tak. To jest problem, który mamy w wielu dziedzinach, ale akurat w nauce to jest szczególnie ważne i bardzo dotkliwe.

Uwagi o kondycji nauki polskiej


źródło

Uwagi o kondycji nauki polskiej
Diametros nr 16 (czerwiec 2008): 105 – 114
Jan Woleński
„Zobaczmy zatem, jak wyglądają te sprawy w naszym modelu kariery naukowej.Nie będę zajmował się eliminacją nieudaczników. Była zresztą o tym mowa. W jaki sposób promować najlepszych? Niestety u nas działa efekt „długiej rury”. Polega on na tym, by jeszcze raz powtórzyć, że dostatecznie długie oczekiwanie zapewnia zostanie profesorem, statystycznie każdemu, kto jest wystarczająco cierpliwy. W ten sposób mamy prawdziwą inflację profesorów tytularnych, podobnie uczelnianych. Chociaż nie jest tak, że profesorowie są najlepsi, ale tytuł czy stanowisko sugerują domniemanie wysokich kompetencji profesjonalnych.
Jeśli jednak w wielu instytutach udział profesorów tytularnych lub uczelnianych, w całości kadry wynosi jedną czwartą czy nawet jedną trzecią całej kadry, to proporcje statystyczne zostają zdecydowanie zachwiane. I jest tak, jak w obiegu pieniężnym. Inflacja profesorów powoduje obniżenie ich wartości. Działa także coś w rodzaju prawa Greshama-Kopernika, mianowicie gorsi profesorowie wypierają lepszych. Powód jest bardzo prosty. Coraz więcej osób robi habilitację, ponieważ
to daje stabilizację zatrudnienia na uczelni i ciśnienie na objęcie stanowisk profesorskich jest coraz większe. Niezależnie od tego, masowość uzyskanych habilitacji powoduje zjawiska inflacyjne także i w populacji doktorów habilitowanych. Jest to także efekt wielkości instytutów w polskich placówkach akademickich.”

Patologie nauki polskiej

Patologie nauki polskiej
Diametros nr 16 (czerwiec 2008): 118 – 121
„Stała liczba stanowisk czy etatów wymuszałaby konieczność rzeczywistych konkursów oraz drobiazgowej oceny dorobku kandydatów przez ekspertów zewnętrznych, które są bardzo pracochłonne i w wielu krajach anglosaskich zabierają członkom komisji sporo czasu (przykładowo, na dobrą posadę z filozofii w USA, czyli taką, która prowadzi do zatrudnienia na czas nieokreślony, zgłasza się zwykle ok. 300 kandydatów). Doprowadzenie do stworzenia odpowiednio obiektywnych mechanizmów w tym zakresie w Polsce, w której rozpowszechniło się „ustawianie” konkursów, „załatwianie” posad, a w razie takiej czy innej próby podważenia wyników postępowania „konkursowego” zasłanianie się „samorządnością” czy „autonomią” rad instytutów, wydziałów czy senatów, będzie bardzo trudne (śmiem nawet przypuszczać, że wręcz niemożliwe – czy ktoś na serio dopuszcza myśl, że w jakiejś polskiej uczelni dziekan lub rektor w celu zachowania bezstronności powoła komisję mającą rozstrzygnąć konkurs na stanowisko profesora lub kierownika zakładu lub katedry, która będzie składała się wyłącznie z osób, które w danym uniwersytecie nie pracują?)….Uważam, że reformę polskiego szkolnictwa wyższego należałoby rozpocząć od eliminacji tej patologii. Jednakże radykalnych zmian w tym zakresie nie należy się spodziewać, gdyż najnowszy
Projekt założeń reformy systemu nauki i szkolnictwa wyższego z 16 kwietnia b.r., pełen dziwacznej nowomowy oraz zawierający absurdalny pomysł zniesienia habilitacji i zastąpienia tego szczebla kariery akademickiej certyfikatami dającymi „uprawnienia promotorskie”, wspierany jest bez wątpienia przez lobbing sektora szkół prywatnych,…”

Morderstwo polskiej nauki oczami frustrata

Cezary Wójcik

Tekst archiwalny, ale nadal aktualny o tym jaka jest tzw. nauka polska i jak się nie zmieniła po upływie 10 lat !
Morderstwo polskiej nauki oczami frustrata
(tekst nie był oczywiście wcześniej opublikowany mimo starań autora)