Były dziekan wydziału teologii uznany za kłamcę lustracyjnego

Były dziekan wydziału teologii uznany za kłamcę lustracyjnego

GW

Sąd Okręgowy w Olsztynie uznał, że b. dziekan wydziału teologii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego ksiądz Cyprian Rogowski złożył fałszywe oświadczenie lustracyjne, zatajając, iż był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa.

Rogowski złożył oświadczenie lustracyjne rektorowi Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie w lutym 2008 roku. Napisał w nim, że nie był tajnym współpracownikiem służb bezpieczeństwa. Sąd uznając, że oświadczenie to było niezgodne z prawdą, orzekł wobec Rogowskiego utratę prawa wybieralności do Sejmu, Senatu i Parlamentu Europejskiego oraz w wyborach samorządowych na trzy lata oraz zakaz pełnienia funkcji publicznych także na trzy lata. Proces Rogowskiego toczył się za zamkniętymi drzwiami. Sąd wyłączył jawność uzasadnienia wyroku.

Po wyjściu z sali sądowej ks. Rogowski nie chciał komentować orzeczenia. Jego pełnomocnik adwokat Małgorzata Gryczewska powiedziała, że „osoba lustrowana nie jest usatysfakcjonowana orzeczeniem. Będzie składana zapowiedź apelacji i w stosownym czasie apelacja od tego orzeczenia. Będzie wykorzystywana do końca droga instancyjna”….

Ks. Rogowski jest pracownikiem olsztyńskiego uniwersytetu, ma zajęcia ze studentami, ale nie jest już dziekanem. W związku z tym – jak powiedział rektor UWM prof. Józef Garniewicz – do czasu uprawomocnienia się orzeczenia uniwersytet nie podejmie wobec Rogowskiego żadnych personalnych decyzji. – A ja do czasu prawomocnego orzeczenia powstrzymam się od komentarzy – powiedział rektor.

Cyprian Rogowski – TW “Kamil”, profesor, teolog

O zapomnianym wybryku studentów UJ

O zapomnianym wybryku studentów UJ

Nowe Państwo

Senna atmosfera najstarszej uczelni w Polsce prysła w marcu 2006 roku. Grupa 130 studentów wystosowała list do rektora. Niestety, sekretarka poinformowała nas, że rektor Karol Musioł nie ma czasu na spotkanie z nami. Myliła się. Następnego dnia, już w obecności kamer, rektor okazał się być najsympatyczniejszym i najbardziej otwartym interlokutorem. „Uważamy, że mamy pierwszeństwo domagać się, nieskalanej donosicielstwem państwu komunistycznemu, przeszłości wykładowcy” – te słowa naszego listu przyjęte zostały z pełnym zrozumieniem.

Uczelnie nie są zainteresowane badaniem archiwów IPN

Teczki w internecie, ale nie za cenę IPN-u

Polska

Publikacja esbeckich materiałów w sieci jest potrzebna, ale może na lata zablokować pracę instytutu – na apel Pawła Fąfary odpowiada były szef oddziału IPN w Krakowie prof. Ryszard Terlecki, z którym rozmawia Anna Gwozdowska.

Czy jest jakiś inny sposób, żeby upowszechnić wiedzę na temat teczek? 
Można zachęcić uniwersytety do napisania stu czy dwustu prac doktorskich na temat wielorakich aspektów funkcjonowania agentury. W różnych środowiskach i w różnych okresach. Po 4-5 latach otrzymamy ogromną wiedzę na temat teczek. 

Ale czy można liczyć na uczelnie, które przecież sprzeciwiły się lustracji? 
Niestety, uczelnie nie są zainteresowane badaniem archiwów IPN. Najczęściej ludzie z IPN-u piszą coś o najnowszej historii w oparciu o archiwa po bezpiece. Notabene, ciekawe, że według projektu nowelizacji ustawy o IPN autorstwa Platformy Obywatelskiej senaty uczelni mają opiniować członków kolegium instytutu. A przecież to one stworzyły front antylustracyjny. Na polskich uczelniach nie było rozliczenia ze spuścizną komunizmu. A nie chodzi przecież tylko o współpracę z SB, ale także o dorobek naukowy. Źródła karier wielu znanych dziś uczonych są kompromitujące. Wszyscy jednak machnęliśmy na to ręką. Skutki są takie, że tacy ludzie są we władzach wielu uczelni. 

Usypianie IPN

Usypianie IPN

Rz, blog Piotr Semka 

Wzmocnimy Kolegium IPN – głosi Platforma, szykując w Sejmie nowelizację ustawy o Instytucie. Nowe przepisy spowodują, że do kolegium wejdą wyłącznie kandydaci mający wysokie stopnie naukowe, rekomendowani przez senaty co najmniej dwóch wyższych uczelni. Ponadto najważniejsze decyzje w Instytucie nie będą już podejmowane wyłącznie przez prezesa, ale kolegialnie.

Te pomysły pozornie brzmią nie najgorzej, ale w praktyce ich wprowadzenie w życie oznaczać będzie paraliż IPN. Przede wszystkim dlatego, że prezes instytutu – dotąd niezależny zarówno od polityków, jak i przeróżnych instytucji – stanie się teraz zakładnikiem naukowego establishmentu. A środowisko naukowe kojarzy się dziś raczej z postpeerelowską poprawnością niż z odwagą zmierzenia się z historią – to właśnie na uczelniach ukręcono łeb lustracji.

Symptomy współpracy z SB

Symptomy współpracy z SB

Dziennik Polski

LUSTRACJA. Naukowiec za umieszczenie na liście agentów wini IPN. Za rzekome inne krzywdy – także swą uczelnię.

Kilka lat spotykał się z esbekiem w kawiarni i opowiadał, co słychać w instytucie. Dziś uważa się za pokrzywdzonego i niesłusznie oskarżonego o współpracę z SB. Do Instytutu Pamięci Narodowej oraz władz UJ ma pretensję, iż nie wyjaśniły zarzutów pod jego adresem.

Z materiałów dostępnych na stronie Uniwersytetu Jagiellońskiego wyłania się jednak nieco inny obraz tej historii.

Jeszcze jeden potwór na uniwersytecie

Potwór na uniwersytecie

Polska- Dziennik Zachodni

Czy znany politolog dr Marek Migalski jest szykanowany za swoje poglądy? I co wspólnego ma z tym prof. Jan Iwanek – sprawdzała Agata Pustułka

Większość współpracowników odwróciła się od niego w maju ubiegłego roku, gdy publicznie zakwestionował kwalifikacje moralne i naukowe prof. Jana Iwanka do kierowania Instytutem Nauk Politycznych i Dziennikarstwa. 

– Powiedziałem wtedy, że był tajnym współpracownikiem SB i że w związku z tym nie powinien być dyrektorem – mówi Migalski. – Mimo tego prof. Iwanek został szefem Instytutu i otrzymał w głosowaniu miażdżącą przewagę głosów. Dwudziestu dwóch pracowników było „za” a dwóch, w tym ja, „przeciw”. 

Właściwie wtedy zaczęła się między Migalskim i Iwankiem otwarta wojna. – Przestałem mu mówić dzień dobry, bo na moje powitanie nie odpowiadał – wyjaśnia Migalski. 

Gdy prawie trzy lata temu fakty związane z podjęciem przez Iwanka współpracy z SB ujawniły media, naukowiec udzielił „Dziennikowi Zachodniemu” wywiadu, w którym stwierdził: To są wydarzenia sprzed 35 lat. Rozpoczęły się w czasie moich studiów i wtedy też się zakończyły. Trwało to może rok. Odbyłem kilka spotkań z tzw. opiekunem uniwersytetu. (…) Żeby można określić kogoś mianem „tajnego współpracownika” musiał spełniać cztery wyznaczniki. Musiał być świadomy, czynny, tajny i operacyjny. Jak ich nie spełniałem. Dlatego nazywanie mnie agentem to jest nadużycie. 
Dla profesora Iwanka atak Migalskiego był szokiem.
– To był mój student, ja go przyjąłem na studia doktoranckie, byłem przewodniczącym jego komisji doktorskiej, a dwa lata temu wnioskowałem o przyznanie mu nagrody – tłumaczy Iwanek. 
Kolejnym punktem zapalnym okazała się sprawa otwarcia przewodu habilitacyjnego przez Migalskiego. 

– Chciałem porównać systemy polityczne Polski i Czech. Od prof. Iwanka usłyszałem jednak, że muszę zmienić temat, bo ten się nie nadaje. W Katowicach nawet nie starałem się o zgodę na otwarcie przewodu, bo i tak bym jej nie dostał. Postanowiłem spróbować na innym uniwersytecie – mówi Migalski. 
Otrzymał zgodę dziekana na otwarcie zewnętrznego przewodu habilitacyjnego. 
– Większość przyjęła ten fakt z ulgą – twierdzi jeden ze znajomych Migalskiego. 
– Pozbycie się Migalskiego było na rękę władzom uczelni. Przecież ci ludzie jeszcze niedawno gloryfikowali komunizm, a teraz uczą studentów o wyższości demokracji. Sprawa Migalskiego nie stała się początkiem moralnej rewolucji na uniwersytecie. 

Dziś Migalski znajduje się w defensywie. Jest cały czas pracownikiem naukowo-dydaktycznym Uniwersytetu Śląskiego, prowadzi zajęcia ze studentami, ale otwarcia przewodu habilitacyjnego odmówiły mu już uczelnie we Wrocławiu i Krakowie. Odrzucenie wniosków Migalskiego może wyglądać na polityczną intrygę. Bo jak wyjaśnić fakt, że powołana przez Radę Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego pięcioosobowa komisja oceniająca dorobek Migalskiego uznała jednogłośnie, że stanowi on wystarczającą podstawę do wszczęcia przewodu habilitacyjnego, a na posiedzeniu rady wydziału wniosek ten został odrzucony głosami pozostałych członków rady?

Gdy o przyszłości Migalskiego decydowali profesorowie z Krakowa znany był już inny list, jaki napisali koledzy Migalskiego z Wydziału Nauk Społecznych. 

List ten zaś był pokłosiem występu Migalskiego w programie Bronisława Wildsteina, w którym po raz kolejny potępił fakt, że na czele Instytutu stoi prof. Jan Iwanek. 

– Protestujemy przeciwko szykanowaniu, obrażaniu, pomawianiu i dezawuowaniu pracowników Instytutu. Pragniemy podkreślić, że emocjonalna i oparta na osobistych urazach opinia jednego pracownika nie może być utożsamiana i rozumiana jako stanowisko wszystkich jego pracowników – czytamy w piśmie, w którym jednoznacznie nauczyciele pokoleń śląskich dziennikarzy odcięli się od Migalskiego. 

W najnowszym lutowym wydaniu „Gazety Uniwersyteckiej” ukaże się raport komisji historycznej Uniwersytetu Śląskiego, która zajmowała się sprawą lustracji pracowników. Pojawią się w nim pseudonimy Tajnych Współpracowników oraz opis ich działalności. Nie będzie żadnych nazwisk. 
Nauczycieli akademickich, który donosili SB, nie spotkają żadne konsekwencje. Rektor nie ma umocowań prawnych, by np. pozbawić ich zajmowanych stanowisk.

Środowisko nie lubi wybijających się naukowców

baner1

Migalski rozważa habilitację za granicą

Fronda

Czy znany politolog jest ofiarą lobby agenturalnego, czy tylko korporacji zawodowej?

Tomasz Szymborski nie zgadza się jednak z tezą, jakoby to podejście do lustracji było powodem, dla którego dr Markowi Migalskiemu uniemożliwiono otwarcia przewodu habilitacyjnego. – Lustracja lustracją, ale politolog stał się raczej ofiarą własnego sukcesu – twierdzi publicysta „Dziennika Zachodniego”, zajmujący się tematyką agentury na Uniwersytecie Śląskim. – Środowisko nie lubi, jak ktoś się wybija i medialnych naukowców jak Migalskiego ściąga raczej w dół, niż im pomaga – dodaje dziennikarz.

Na uczelniach bez zmian

Nasza Polska nr.3 (690) 20.01.2009

na-uczelniach-bez-zmian

Migalski – persona non grata na uczelniach

Migalski – persona non grata na uczelniach

Rz

Popiera lustrację i występuje w mediach – to wystarczyło, by kilka uczelni odmówiło mu habilitacji.

Znany politolog doktor Marek Migalski nie może rozpocząć przewodu habilitacyjnego. Na swoim macierzystym Uniwersytecie Śląskim nawet nie próbował. – Powiedziano mu, że nie ma po co, bo i tak go uwalą – mówi „Rz” jeden z jego kolegów. Nie udało się też na Uniwersytecie Wrocławskim, a przedwczoraj wszczęcia przewodu habilitacyjnego odmówiła Migalskiemu Rada Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

– Nikt nie przedstawił w czasie dyskusji ani jednego merytorycznego argumentu przeciwko tej habilitacji – mówi „Rz” Antoni Dudek biorący udział w posiedzeniu Rady Wydziału.

Wcześniej rada powołała zespół, który miał ocenić dorobek naukowy Migalskiego i przedstawić swoją rekomendację. Członkowie zespołu zgodnie uznali, że warunki zostały spełnione i przewód powinien ruszyć. Stało się jednak inaczej. Za wszczęciem procedury głosowało 16 osób, przeciw było 11, a pięć się wstrzymało. Zabrakło jednego głosu.

Migalski posiada odpowiedni dorobek naukowy. Jest autorem lub współautorem 11 książek, napisał też rozprawę habilitacyjną. Skąd w takim razie jego problemy?

– Naraził się wielu osobom w środowisku akademickim. Po pierwsze jest zbyt medialny, co wielu się nie podoba. Po drugie ośmielił się publicznie skrytykować swojego szefa prof. Iwanka, a takich rzeczy się nie zapomina – mówi „Rz” nieoficjalnie jeden z jego uczelnianych kolegów.

Wildstein pokazał choroby świata nauki

etienne-jeaurat

Jak zwalczyć tą chorobę 

Wildstein pokazał choroby świata nauki

Dziennik. JERZY JACHOWICZ W DZIENNIKU

Program Wildsteina zbudowany był na dwóch filarach: pierwszym z nich była sprawa plagiatów oraz pisanych za pieniądze przez wyspecjalizowane firmy prac dyplomowych. Ale, co niesamowite, także naukowych. Drugim filarem była kwestia nasycenia kadry naukowej byłymi agentami SB. To był naprawdę misyjny program. A w dodatku atrakcyjnie podany. Wciągający widza.   

Kierując się starą zasadą, że ryba śmierdzi od głowy, autorzy programu postawili tezę, że oszustwa i nieuczciwość studentów, a także młodych pracowników nauki, którzy kupują gotowe prace, mają swoje źródło w braku klarownych zasad moralnych części starszej kadry. Kiedy zobaczyłem rozmowę telefoniczną dziennikarki z przedstawicielką firmy żyjącej z pisania prac naukowych na zamówienie, miałem wrażenie, że ocieram się o sprawy kryminalne. Pani z firmy, która pomaga oszukiwać system edukacji zapewnia, że „piszemy wyłącznie prace oryginalne”. Ale okazuje się, że to proceder nie tylko powszechny, ale znany i nieścigany prawnie. A rektor Uniwersytetu Wrocławskiego Leszek Pacholski pyta, jak można walczyć z plagiatami, jeśli plagiatorzy są pod niejawną ochroną? Środowisko bardziej niż meritum sprawy interesuje, kto był taki niekoleżeński, że doniósł o plagiacie.

Plagiaty to jednak sprawa mniejszego kalibru w porównaniu do ludzi, którzy w przeszłości byli konfidentami SB. Donosili na kolegów, na swoich przełożonych, torując sobie drogę do własnej kariery. Zdaniem prof. Jadwigi Staniszkis donoszenie to zwykłe świństwo i dla takich ludzi nie powinno być teraz miejsca w nauce. A szczególnie jako wychowawców młodych. Godzili się oni na współpracę – dodaje prof. Staniszkis – bo zżerała ich ambicja, a w wyniku braku talentu nie byli w stanie jej zaspokoić normalną drogą. Uosobieniem tego rodzaju upadku nauczyciela akademickiego jest prof. Uniwersytetu Śląskiego Jan Iwanek (jego współpracę z SB w latach 70. i 80. opisalisywaliśmy na naszych łamach kilkakrotnie). Jego młodszy kolega z tej samej uczelni dr Marek Migalski – również politolog – odważnie stwierdził, że prof. Iwanek nie ma ani moralnych, ani naukowych praw, by wymagać uczciwości od studentów i młodej kadry. O jego cynizmie świadczy fakt, że stanął on na czele uczelnianej krucjaty przeciwko lustracji środowiska akademickiego. Powoływał się przy tym na niezależność uczelni i mówił, że nie można dopuścić do deptania honoru akademickiego.

Zdaniem rektora Pacholskiego najbardziej bolesne jest to, że w środowisku naukowym nawet nikt nie próbuje mówić o byłych donosicielach. Agentura to temat tabu. Milczą w tej sprawie sami konfidenci – to oczywiste. Ale boją się mówić o tym także poszkodowani, choć dawni zdrajcy żyją i pracują teraz obok nich. Dlaczego? Gdyż byliby przez swoich kolegów bardziej potępieni niż dawni konfidenci.

Ciekawe, że prawdziwy głos rozsądku pojawił się w większości wypowiedzi studentów i młodych dziennikarzy będących w studio. Z jednej strony wszyscy oni dostrzegali schorzenia środowiska akademickiego. Ale też niemal jednym głosem twierdzili, że najlepszym momentem na jego ozdrowienie, na przerwanie pępowiny łączącej z czasami PRL był rok 89. A dziś oczyścić uczelnie z tych negatywnych naleciałości będzie bardzo trudno.