Poległ na polu walki z patologiami

Jak profesor K. świata nie zbawił

Rz

Naukowiec doniósł na szefa izby skarbowej, że wyłudza od uczelni pieniądze. Jedynym ukaranym został on sam

– Bardzo mi przykro, że swoją omyłkową interwencją spowodowałem, iż zacni obywatele na wysokich stanowiskach mieli wielkie nieprzyjemności – ironizuje prof. Leszek K., były wicedyrektor Instytutu Prawa i Administracji w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Sulechowie.

Opisujemy go jako K., gdyż prosił o niepodawanie nazwiska. Pan profesor sparzył się bowiem, gdy próbował doprowadzić do ukarania szefa zielonogórskiej Izby Skarbowej Piotra Dopierały.

Zaczęło się od tego, że dyrektor Dopierała od 1999 r. dorabiał do pensji na sulechowskiej uczelni, prowadząc zajęcia z prawa podatkowego oraz podatków i opłat lokalnych. Długo nie budziło to kontrowersji (według Magdaleny Kobos, rzeczniczki Ministerstwa Finansów, Dopierała zapewniał, że miał na pracę na uczelni ustną zgodę przełożonych).

W 2006 r. wybuchła jednak burza. Wtedy to prof. K. odmówił podpisania rachunków przedłożonych przez Dopierałę. Powód? Według profesora szef izby skarbowej notorycznie opuszczał zajęcia i studenci nie mogli z tego powodu uzyskać zaliczeń. „Czas wreszcie skończyć z tym wyłudzaniem przez dyrektora Dopierałę” – pisał K. do rektora uczelni. 

Profesor twierdzi, że Dopierała brał pieniądze za zajęcia, których nie poprowadził w 2003, 2004 i 2006 roku (wyłudzić miał w tym czasie odpowiednio 1200 zł, 3240 i 1100 zł).

Sprawa trafiła do Urzędu Kontroli Skarbowej w Zielonej Górze, który przekazał ją do Ministerstwa Finansów. A urzędnicy resortu nie mieli wątpliwości, że Dopierałą powinna się zainteresować prokuratura……

W prokuraturze Dopierała tłumaczył, że ostatecznie nie dostał od szkoły zapłaty za zajęcia w roku akademickim 2005/2006. O pieniądze się nie dopominał. Od trzech lat w Sulechowie nie wykłada. Jak wyjaśniał śledczym, „z uwagi na brak zdrowia i czasu”.

Nadal jest szefem izby skarbowej. Dla „Rzeczpospolitej” nie chciał się wypowiedzieć. Przez rzecznika odmówił komentarza do sprawy.

Najwięcej na aferze stracił prof. K. W październiku 2007 r., gdy zaczęła się nowa kadencja władz uczelni, rektor pozbawił go stanowiska zastępcy kierownika instytutu.

Fikcja studiów wyższych w Polsce

Magia papierowego wykształcenia

GW

Akademia Wielka Lipa. Ludzie nie chcą wiedzy, ale papierka ukończenia studiów – pokazała prowokacja przeprowadzona przez dziennikarzy „Gazety”.

Akademia Komunikacji Społecznej werbowała przez pięć dni. Miała stronę internetową, a tam niezwykłą ofertę: studia magisterskie w dwa lata i to przez internet. Kandydatów do nauki było pół tysiąca. Chcieli wpłacać pieniądze, by zaklepać sobie miejsce. Nie przeszkadzało im, że akademia nie miała kadry naukowej (na stronie szybkimagister.pl informowała tylko o anonimowych autorytetach) i zezwoleń na prowadzenie działalności.

Wczoraj ujawniliśmy, że akademię wymyślili i założyli dziennikarze „Gazety”. Zrobiliśmy to po to, by pokazać, jaką fikcją bywają studia wyższe w Polsce.

Magistry głowy wysoko noszą

Zainteresowanie ofertą przerosło nasze oczekiwania. Chętni do nauki na podane na stronie numery telefonów dzwonili od rana do nocy, a te odbierały dziennikarki „Gazety” udające pracownice dziekanatu. Kandydaci na studentów słali też maile na skrzynkę akademii, prosząc, by wpisać ich na listę.,,

W trakcie, gdy przygotowywaliśmy prowokację, skontaktował się z „Gazetą” wykładowca jednej z uczelni, równocześnie członek Państwowej Komisji Akredytacyjnej, który przeprowadza kontrole w szkołach wyższych. W liście, który do nas przysłał (prosił o anonimowość), twierdzi, że PKA ma wiele informacji na temat nieprawidłowości na uczelniach, np. fikcyjnego zatrudniania kadry naukowej. Ale komisja nie reaguje na wszystkie sygnały.

„Nawet gdybym chciał zgłosić fałszerstwo do prokuratury, to prezydium PKA się wywija. Twierdzi, że to rola Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego” – pisze.

Zapytaliśmy o to dr. hab. Marka Rockiego, przewodniczącego Państwowej Komisji Akredytacyjnej: – Może się zdarzyć, że mamy informacje o nieprawidłowościach, ale nieoficjalne, niepoparte dokumentami lub skargami pokrzywdzonych studentów. A jeśli studenci ich oficjalnie nie zgłaszają, to nic nie możemy zrobić.

Dla Gazety, minister nauki prof. dr hab. Barbara Kudrycka:

Ta prowokacji to bardzo niepokojący sygnał, że w wyniku ilościowego rozwoju szkolnictwa wyższego wyraźnie zdeprecjonowało się wykształcenie. Zapanowało przekonanie, że dyplom można łatwo zdobyć. Czas więc na poważne przekształcenia, aby główną wartością był dyplom dobrej uczelni, a nie supermarketu z dyplomami.

Niedzielne studia w Londynie

Niedzielne studia w Londynie

GW

Na comiesięczny zjazd studentów przyjeżdża tylko jeden wykładowca. W weekend przerabia cały przedmiot. A zdarza się, że i dwa przedmioty naraz.

Tak jest w Londynie w placówce warszawskiej Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji, która według Ministerstwa Nauki nielegalnie kształci studentów. Szkoła utrzymuje, że nie musi mieć ministerialnych zezwoleń, i zapewnia, że przestrzega wymaganych standardów kształcenia…

Według planu zajęć w weekend 5-7 września 2008 r. wykładał dr Dariusz Czajka, kanclerz uczelni (i były sędzia znany z kontrowersyjnych decyzji upadłościowych). Za jednym zamachem wyłożył nawet dwa przedmioty – prawoznawstwo i logikę. W 21 godzin. Jednak według standardów ministerstwa dla studiów niestacjonarnych powinien mniej więcej tyle poświęcić na każdy z tych przedmiotów.

Prawo cywilne, na które studenci Uniwersytetu Warszawskiego poświęcają dwa lata, w londyńskiej placówce EWSPiA wykłada się przez trzy weekendy.

Na prawo administracyjne w grudniu 2008 r. dr Agnieszka Suławko-Karetko z Uniwersytetu w Białymstoku miała dwa dni (piątek i sobota, w niedzielę zajęć nie było). A musiała wyłożyć przewidziane minimum – 20 godzin.

W weekend 28-30 listopada prof. Jan Wawrzyniak dostał 24 godziny na wyłożenie prawa konstytucyjnego. Taki jest roczny wymóg….

– To jakiś absurd – uważa wykładowca z Wydziału Prawa UW, któremu pokazaliśmy plan zajęć. – Ogrom materiału, który normalnie studenci robią przez semestr, a nawet cały rok, w EWSPiA robią w weekend. Nie rozumiem, jak mogą się pod tym podpisywać uznani profesorowie.

I tłumaczy: – Studiowanie prawa wymaga dużo nauki pamięciowej, zrozumienia pewnych konstrukcji, żmudnych ćwiczeń z ich stosowania w praktyce. To wymaga czasu. W weekend to można nauczyć się grać w warcaby.

Ministerstwo Nauki wezwało niedawno uczelnię do natychmiastowego zaniechania studiów za granicą. Czeka na odpowiedź do 21 września.

Akademia lipnych magistrów tonie

Akademia lipnych magistrów tonie

GW

Akademia Humanistyczno-Ekonomiczna w Łodzi straciła już informatykę, traci zarządzanie. Pomorski senator PO Edmund Wittbrodt domaga się likwidacji całej uczelni. Przewodniczący Konferencji Rektorów: – Ta szkoła musiała runąć.

Senator PO i były minister edukacji narodowej (2000-01) Edmund Wittbrodt: Jestem ogromnie zdziwiony, a przede wszystkim zbulwersowany funkcjonowaniem AHE, która od wielu lat, a przynajmniej od 2003 roku, jak to wynika z artykułów ukazujących się w prasie, prowadzi działalność nielegalną, i to w sposób rażący. Ta szkoła źle świadczy o całym systemie szkolnictwa wyższego. Dla dobra systemu, a także dla dobra studentów AHE powinna zostać natychmiast zlikwidowana. (…). Osoby odpowiadające za ten stan rzeczy ze strony AHE, w tym rektor i pozostałe władze, a także nauczyciele fikcyjnie realizujący swoje obowiązki, powinny zostać pociągnięte do odpowiedzialności indywidualnej przez komisję dyscyplinarną za działania niezgodne z etyką nauczyciela akademickiego. I to w trybie natychmiastowym!

Pracownik naukowy AHE: Ta uczelnia jest chora we wszystkich płaszczyznach działania. O tym wie doskonale cała kadra zarządzająca. Śledztwa od kilku lat prowadzą prokuratura, NIK i CBŚ, o Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego nie wspomnę. Ale kto odkryje prawdę, jeżeli w czasie kontroli pokażą mu 300 grubych, odpowiednio „przygotowanych” segregatorów? Przez wiele lat ludzie AHE czuli się całkowicie bezkarni. Mają pieniądze, kupują za nie znanych profesorów, których nikt nigdy na uczelni nie widział. Ale figurują w listach płac i są od tego, by można było otworzyć kierunek kształcący doktorów, bo takie są wymogi ustawy dla Akademii. 

Dziekan jednego z Wydziałów Zamiejscowych AHE: W czeskich filiach uczelni – zarówno w Havirowie, jak i w Eadcy, wykłady (!) często prowadzą osoby z tytułem magistra. W żaden sposób nie zostały przygotowane programy nauczania ani rozkłady zajęć dla studentów. Nie została nawet wyjaśniona kwestia języka, w którym powinna zostać przygotowana praca dyplomowa. Po prostu… czeski film.

………….

Od lat wszyscy pracownicy naukowi związani z uczelnią zdają sobie sprawę, że tkwią w bagnie – mówi były dziekan wydziału AHE

Marcin Kowalski: Pan był świadomy, że oszukuje studentów?

Były dziekan AHE: Kiedy sobie to uświadomiłem, odszedłem. Zadawałem pytania moim zwierzchnikom z Łodzi od pierwszego dnia pracy w AHE. Dlaczego prowadzimy zajęcia w filii, nie mając na to zgody? Dlaczego realizujemy połowę programu? Dlaczego nie ma uzupełniającego nauczania online? Kiedy wreszcie uzupełnimy kadrę, bo pracowałem w dużej mierze magistrami? Odpowiedzi były wymijające: kadra naukowa będzie uzupełniona niebawem, nauczanie online będzie wprowadzone, zgodą na prowadzenie filii zajmują się nasi prawnicy, najlepsze w Polsce kancelarie, nie ma się czym martwić. Powiedziałem przełożonym, że nie chcę skończyć w kryminale. 

Inni wykładowcy mają świadomość, że biorą udział w oszukańczym procederze?

– Mają. Ale determinują ich pieniądze. Większość pracuje na umowę o dzieło. Nic więcej ich z AHE nie łączy. Wpadają, wygłaszają swoje kwestie, kasują po kilka tysięcy miesięcznie. Trudnych pytań się nie zadaje…..

A czy nie są winni też wykładowcy?

– Nie chcę ferować wyroków. Zadziwiające, że kiedy było już głośno o łamaniu prawa przez AHE, szkoła złożyła wniosek o uprawnienia do doktoryzowania. Z punktu widzenia formalnego wszystko było w porządku i dostała te uprawnienia. Choć prezydium Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich nie widziało w swym składzie tej uczelni. Jest jednak jeden pozytywny aspekt tej afery – środowisko potrafiło jednak uruchomić mechanizmy likwidujące tę patologię.

Kompetentnych wykładowców na wyższych uczelniach jest ok. 40 proc.

Naukowiec proponuje: Zlikwidujmy gimnazja!

GW

– Nie ma w nich żadnej selekcji elit, traci się dużo najlepszego czasu na zupełne nieróbstwo. Od kiedy dostajemy kandydatów po reformie gimnazjalnej, poziom ich wiedzy pogorszył się dramatycznie – mówi prof. Jerzy Marcinkowski* z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Tomasz Wysocki: Otwarcie krytykuje pan system edukacyjny w Polsce, w „Rzeczpospolitej” określił go Pan mianem „wielkiej fikcji”. Co to znaczy?

Prof. Jerzy Marcinkowski: M.in. to, że w Polsce mamy nie więcej niż 15-20 proc. młodzieży, która z pożytkiem dla siebie i społeczeństwa mogłaby studiować, a studiuje ponad 50 proc. – odsetek bliski światowych rekordów. To oznacza, że dwóch na trzech studentów spędza od trzech do pięciu lat na uczelniach, marnując czas swój i nauczycieli. Nie ma też kadry do ich uczenia. Kompetentnych wykładowców na wyższych uczelniach jest ok. 40 proc., a resztę należałoby zwolnić.

Mówimy o wszystkich ponad 450 uczelniach publicznych i prywatnych?

– Tak. Jako członek Państwowej Komisji Akredytacyjnej, która ocenia jakość kształcenia na poszczególnych kierunkach, byłem w tym roku w prawie 20 szkołach wyższych, gdzie prowadzi się kierunek informatyka. Oglądałem zajęcia, prace licencjackie i magisterskie, rozmawiałem z młodzieżą, próbując wysondować, co umie. Uważam, że w połowie państwowych uczelni i na 80-90 proc. uczelni prywatnych powinno się zamknąć te kierunki. Są stratą czasu i pieniędzy….

Co mogą zrobić uczelnie w tej sytuacji?

– Wołać do polityków: „Zróbcie coś”. Prawdziwa reforma edukacji musi się zacząć na poziomie podstawówki, gimnazjalnym i licealnym. Wszystkie reformy, które próbuje się robić dla podniesienia poziomu w szkołach wyższych, to jest mieszanie w pustym naczyniu.

Czy obowiązkowa matura z matematyki, która będzie obowiązywać w przyszłym roku, coś zmieni?

– To krok w dobrym kierunku. Przynajmniej ci, co w I klasie liceum jeszcze nie wiedzą, co chcą robić z sobą dalej, nie będą mieli zaległości, kiedy potem zdecydują się studiować kierunki ścisłe. Ale potrzebujemy bardziej fundamentalnych zmian.

Co nam grozi, jeśli ich nie będzie?

– Będziemy produkować dla gospodarki specjalistów, którzy nic nie umieją. Z dyplomami, ale głupich. Będziemy mieli źle zaprojektowane mosty, skrzyżowania, źle zoperowane serca, niedouczonych nauczycieli. To nieuchronne, bo jeżeli dziś mamy dwa razy mniej przygotowanej do studiów elity wśród 16-latków, to nie możemy liczyć, że za 20 lat Polska będzie tak samo nasycona wykształconą kadrą jak cywilizowany świat. Tym bardziej że najlepsi wyjeżdżają na Zachód.

* Prof. Jerzy Marcinkowski jest wykładowcą w Instytucie Informatyki Uniwersytetu Wrocławskiego