Studiuje około dwóch milionów, a polska nauka nie ma wiele do powiedzenia

Edukacja, egalitaryzm i strata czasu

Opcja na prawoNr 9/93, wrzesień 2009,Damian Leszczyński

Parę miesięcy temu na łamach prasy toczyła się dyskusja na temat kondycji polskiego szkolnictwa wyższego. Wśród wielu głosów – w przeważającej mierze krytycznych – pojawiła się również opinia pewnego filozofia, który w oparciu o kuriozalne wypowiedzi swoich studentów postawił prowokacyjną tezę, że większość polskich studentów to półanalfabeci, około dziesięciu procent zaś to analfabeci kompletni. Towarzyszyła temu diagnoza, w myśl której za fatalny stan wiedzy słuchaczy studiów wyższych odpowiada fatalny stan edukacji licealnej. Podejrzewam, że diagnozę tę można rozwijać i winą za ten ostatni obarczyć fatalną edukację gimnazjalną, która z kolei spowodowana jest beznadziejnym przygotowaniem na poziomie podstawowym…

W Polsce pod zaborami, kiedy edukacja była na fatalnym poziomie, pojawili się tacy literaccy geniusze, jak Mickiewicz, Słowacki, Krasiński czy Norwid. W okresie międzywojennym mniej więcej jedną czwartą społeczeństwa stanowili analfabeci (od 33 procent w 1921 roku do 15 w 1939), a na wyższych uczelniach studiowało jedynie kilka procent ludności, jednak to w tamtym czasie działały we Lwowie i w Warszawie szkoły filozoficzne i matematyczne na światowym poziomie. Dzisiaj, kiedy studiuje około dwóch milionów ludzi, czyli niemal jedna trzecia populacji w wieku przedprodukcyjnym, analfabetyzm zaś skutecznie wypleniono, polska nauka nie ma wiele do powiedzenia, a poziom studiujących zmusza powściągliwych nawet komentatorów do użycia mocnych słów.

Sprawiedliwość potrzebuje reform

Sprawiedliwość potrzebuje reform

Rz

Wprowadzenia praktycznego kształcenia na studiach prawniczych chce samorząd radców prawnych

Reforma studiów prawniczych jego zdaniem polegać miałaby na wprowadzeniu praktycznego kształcenia umiejętności wykonywania prostych czynności prawnych (np. sporządzania typowych umów) i opinii w nieskomplikowanych sprawach. Magistrowie prawa byliby wówczas przygotowani do udzielania na rynku najprostszej pomocy prawnej. – Wydziały prawa nie mogą uczyć tylko teorii – uważa M. Bobrowicz. Jednocześnie zastrzegł, że według samorządu radców zastępowanie klientów przed sądem powinno być powierzane wyłącznie prawnikom po aplikacji i zdanym egzaminie.

W opinii środowiska, potwierdzonej poważnymi badaniami socjologicznymi, Polaków cechuje niska świadomość prawna. Dlatego samorząd radcowski proponuje wprowadzenie szerszej niż dotychczas edukacji prawniczej już w szkołach średnich. I deklaruje społecznie swoją pomoc w organizowaniu takich zajęć. Chodzi o to, by młodzież widziała różnicę między przepisami karnymi a cywilnymi, mogła poznać swoje prawa nie tylko jako obywatele, ale także jako konsumenci.

– Nauczyciele mogliby zapraszać na lekcje radcę, który od strony praktycznej opowiedziałby uczniom o prawie. Chcielibyśmy wspólnie z Ministerstwem Edukacji Narodowej przygotować program takich zajęć – oświadczył prezes Bobrowicz.

Dyskusja o stanie polskiej edukacji

Dyskusja o stanie polskiej edukacji

GW

Specjaliści i manipulatorzy

J. Majcherek

Polska szkoła maltretuje uczniów wtłaczaniem im do głów niezliczonej liczby faktów z nauk ścisłych i przyrodniczych. Absolwenci garną się więc do filozofii, psychologii czy socjologii.

Triumfy ignorancji

Adam Leszczyński

Po co spędzać 20 godzin na omawianiu „Trylogii”, skoro można z bryku dowiedzieć się, kto kogo zabił i kto się w kim kochał, a czas spędzić na uczeniu się rzeczy naprawdę potrzebnych w życiu?

Obiad w trakcie konferencji naukowej. Akurat trwają matury. Uczestnicy konferencji – wykładowcy na uczelniach w całej Polsce – rozmawiają o maturzystach, których będą uczyli od października.

– Z roku na rok są coraz głupsi – mówi profesor z Olsztyna.

– Z sześćdziesięciu studentów historii pierwszego roku tylko dwóch przyznało się, że czyta jakiekolwiek gazety, w internecie czy na papierze – załamuje ręce adiunkt z Warszawy. – Nie czytają nic. Nawet kryminałów.

Nadmiar matematyki nie szkodzi

Paweł Góra

To analfabetyzm matematyczny przyczynia się do ślepej wiary w nieograniczone zyski na giełdzie, to braki w wykształceniu przyrodniczym odpowiadają za radosne zabudowywanie terenów zalewowych. Polemika z Majcherkiem.

My źle uczymy naszą młodzież nie tylko przedmiotów ścisłych, ale też humanistycznych: historia staje się katalogiem zdarzeń, bez próby zrozumienia procesu historycznego, zestaw lektur jest z reformy na reformę ograniczany, symbole i odniesienia oczywiste przez stulecia powoli stają się niezrozumiałe, język się trywializuje, na maturze z polskiego karani są ci, którzy ośmielą się wyjść poza utarte schematy. Dlaczego wiedza o społeczeństwie, przedmiot najchętniej wybierany przez maturzystów, nie może dostarczać „solidnej porcji nauk społecznych”, o którą Majcherek zabiega? Czemu profesor Uniwersytetu Pedagogicznego nie troszczy się o jakość kształcenia w ogóle, lecz walczy z chochołem rzekomego nadmiaru matematyki?

Matematyko, wróć? Matematyko, precz?

Łukasz Turski

Szanowny Pan red. Piotr Pacewicz

Tekst prof. Janusza A. Majcherka pt. „Specjaliści i manipulatorzy” („Gazeta” 9 lipca) szalenie mnie zasmucił. Nie z powodu głupot wypisywanych przez prof. Majcherka, zawodowego wroga tabliczki mnożenia, ale z powodu zachowania się „Gazety”. To kolejny atak na wykształcenie podstawowe przypuszczany na łamach „Gazety”, w sposób uniemożliwiający odpowiedź. Prof. Majcherek miał czas przygotować swój tekst. Państwo publikujecie go wtedy, gdy większość wrogów ludu, takich jak ja fizyków i matematyków, zajmuje się przyjęciami na studia albo – o zgrozo – jest na wakacjach i musi korzystać z dobrodziejstw „zasięgu”, by połączyć się z Państwem internetowo. Ja poza tym nie wożę na wakacje komputera! Zabieram ze sobą wnuki! Uniemożliwiacie więc nam merytoryczną odpowiedź.

List otwarty do Janusza A. Majcherka

Michał Leszczyński

Imputowanie ludziom wykształconym w dziedzinie nauk ścisłych, że są „bardziej podatni na polityczną agitację i ideologiczne sugestie, wykazując się ignorancją w rozpoznawaniu ich bałamutności”, jest demagogią posuniętą do granic jakiejkolwiek przyzwoitości. Jeżeli Pan opiera to stwierdzenie na wynikach swoich badań, to proszę podać nazwę renomowanego czasopisma socjologicznego, w którym Pan te rewelacje opublikował. Jeżeli Pan nie ma dowodu naukowego na takie stwierdzenie, to, przykro mi, nauka etyki zawodowej i ludzkiej, była w Pana przypadku zupełnie chybiona. 

Przeciwstawianie nauczania przedmiotów ścisłych i humanistycznych nie ma żadnego sensu, bo jedno i drugie jest niezbędne, jeżeli mamy funkcjonować w nowoczesnym społeczeństwie. Każdy filozof powinien znać podstawy fizyki i biologii, aby zrozumieć socjobiologię, która wyjaśnia wiele zachowań człowieka, a każdy inżynier powinien w szkole wcześniej zetknąć się z etyką i literaturą, aby umieć być kochającym mężem, czy ojcem.

Polski problem nie polega na tym, że młodzi ludzie uczą się za dużo matematyki, a za mało filozofii, tylko na tym, że w szkole nie uczą się myśleć ani wspólnie pracować. A myśleć i uczyć się działać w grupie powinno się zarówno na lekcjach fizyki, jak i literatury czy filozofii, która powinna się znaleźć w programie nauczania szkolnego.

Kompetentnych wykładowców na wyższych uczelniach jest ok. 40 proc.

Naukowiec proponuje: Zlikwidujmy gimnazja!

GW

– Nie ma w nich żadnej selekcji elit, traci się dużo najlepszego czasu na zupełne nieróbstwo. Od kiedy dostajemy kandydatów po reformie gimnazjalnej, poziom ich wiedzy pogorszył się dramatycznie – mówi prof. Jerzy Marcinkowski* z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Tomasz Wysocki: Otwarcie krytykuje pan system edukacyjny w Polsce, w „Rzeczpospolitej” określił go Pan mianem „wielkiej fikcji”. Co to znaczy?

Prof. Jerzy Marcinkowski: M.in. to, że w Polsce mamy nie więcej niż 15-20 proc. młodzieży, która z pożytkiem dla siebie i społeczeństwa mogłaby studiować, a studiuje ponad 50 proc. – odsetek bliski światowych rekordów. To oznacza, że dwóch na trzech studentów spędza od trzech do pięciu lat na uczelniach, marnując czas swój i nauczycieli. Nie ma też kadry do ich uczenia. Kompetentnych wykładowców na wyższych uczelniach jest ok. 40 proc., a resztę należałoby zwolnić.

Mówimy o wszystkich ponad 450 uczelniach publicznych i prywatnych?

– Tak. Jako członek Państwowej Komisji Akredytacyjnej, która ocenia jakość kształcenia na poszczególnych kierunkach, byłem w tym roku w prawie 20 szkołach wyższych, gdzie prowadzi się kierunek informatyka. Oglądałem zajęcia, prace licencjackie i magisterskie, rozmawiałem z młodzieżą, próbując wysondować, co umie. Uważam, że w połowie państwowych uczelni i na 80-90 proc. uczelni prywatnych powinno się zamknąć te kierunki. Są stratą czasu i pieniędzy….

Co mogą zrobić uczelnie w tej sytuacji?

– Wołać do polityków: „Zróbcie coś”. Prawdziwa reforma edukacji musi się zacząć na poziomie podstawówki, gimnazjalnym i licealnym. Wszystkie reformy, które próbuje się robić dla podniesienia poziomu w szkołach wyższych, to jest mieszanie w pustym naczyniu.

Czy obowiązkowa matura z matematyki, która będzie obowiązywać w przyszłym roku, coś zmieni?

– To krok w dobrym kierunku. Przynajmniej ci, co w I klasie liceum jeszcze nie wiedzą, co chcą robić z sobą dalej, nie będą mieli zaległości, kiedy potem zdecydują się studiować kierunki ścisłe. Ale potrzebujemy bardziej fundamentalnych zmian.

Co nam grozi, jeśli ich nie będzie?

– Będziemy produkować dla gospodarki specjalistów, którzy nic nie umieją. Z dyplomami, ale głupich. Będziemy mieli źle zaprojektowane mosty, skrzyżowania, źle zoperowane serca, niedouczonych nauczycieli. To nieuchronne, bo jeżeli dziś mamy dwa razy mniej przygotowanej do studiów elity wśród 16-latków, to nie możemy liczyć, że za 20 lat Polska będzie tak samo nasycona wykształconą kadrą jak cywilizowany świat. Tym bardziej że najlepsi wyjeżdżają na Zachód.

* Prof. Jerzy Marcinkowski jest wykładowcą w Instytucie Informatyki Uniwersytetu Wrocławskiego

Rewolucja w edukacji?

Rewolucja w edukacji? Znamy głównie ogólniki

Dziennik

Gdy wczytać się w rekomendacje rządowego dokumentu „Polska 2030”, można zauważyć, że zespół ministra Boniego proponuje w edukacji rewolucję. I choć trudno reformatorskiemu tonowi nie przyklasnąć, raport pełen jest luk i niedomówień – pisze Piotr Zaremba.

O nauce w czarnych barwach

Ale powiadam: debatujmy. Na przykład nad tym, co twórcy rządowej strategii mówią o edukacji, wyższych uczelniach, naukowych badaniach. Sam katalog pytań do nich wystarczy, aby napisać sążnisty tekst.

Ich diagnoza stanu nauki i szkolnictwa wyższego jest smoliście czarna: najniższy w Europie stan wydatków na badania, a równocześnie pieniądze wrzucane często w błoto, kiepscy naukowcy hamujący kariery lepszym, brak wymiernych kryteriów odróżniania badań pożytecznych od niepożytecznych, biurokratyczne bariery hamujące zagraniczną współpracę. Można by dorzucić złośliwie: szkoda, że premier Tusk nie próbuje przynajmniej od czasu do czasu użyć podobnego języka w debacie ze społeczeństwem, a preferuje ton lukrowanego optymizmu. Szkoda, że prawdziwą diagnozę stanu naszych narodowych zasobów możemy znaleźć tylko w tak mało popularnych i hermetycznych tekstach jak ten.

Gdy wczytać się w rekomendacje, można zauważyć, że zespół ministra Boniego proponuje rewolucję. Na przykład polskie uczelnie miałyby całkowicie zmienić swój charakter. Koniec z dominacją korporacji samych naukowców sprzedawaną nam jako tradycyjna autonomia! Przekształcamy uniwersytety w firmy zarządzane przez sprężystych menedżerów, pod bacznym okiem państwa, które płaci, więc i wymaga, nie godząc się na prace naukowe będące kompilacją cudzego dorobku, niskie pensum wykładowców i pozorne badania, które nie prowadzą donikąd. Trudno takiemu reformatorskiemu tonowi nie przyklasnąć.

Rewolucja, ale jak?

Jest jedno „ale”. Ta rewolucja uderza w tyle przyzwyczajeń i interesów, że nie da się jej skwitować zdawkową wzmianką. Prosta próba zamachnięcia się na habilitację przez minister Kudrycką wywołała histeryczne reakcje profesory, która przecież w dużej części poparła obecną ekipę rządową przeciw „strasznym Kaczorom”. Aby obronić status quo, ta kadra nie zawahała się odwołać do analogii z Marcem 68. I rząd Tuska w praktyce cofnął się na całej linii. Jak więc zabrać się za rewolucję, a równocześnie odwoływać choć fragmentarycznie do polskiej tradycji – w której była i autonomia uczelni, i kolegialność ich zarządzania, i sztywny, hierarchiczny model naukowej kariery? Od czegoś trzeba zacząć. Choćby od nazywania rzeczy po imieniu.

Dylematy, jakie reformatorzy musieliby rozstrzygnąć, nie są zresztą łatwe. Przeciwnicy habilitacji powołują się na utylitarny interes małych, często prywatnych uczelni kształcących byle jak, ale zaspokajających masowy głód wiedzy setek tysięcy młodych ludzi. Uczelni, które chciałby kształcić swoje kadry szybciej i prościej niż w tej chwili. Obrońcy tradycji powołują się na jakość kształcenia. Nie do końca wiem, kto ma rację, ale autorzy takiego opracowania powinni się choć zmierzyć z tym problemem.

Także z problemem pieniędzy na naukę. Skoro jest ich w Polsce tak mało, jaka na to recepta? Zorientowani liberalnie autorzy raportu upatrują nadziei w większej współpracy szkolnictwa wyższego z prywatnym biznesem, ale tematu nie rozwijają. Czy równocześnie opowiadają się także za większymi, choć może równocześnie staranniej wydatkowanymi funduszami publicznymi? Czy to nie jest okazja, aby odpowiedzieć – nie przesądzam, w jaki sposób – na pytania o współpłacenie klientów publicznych uczelni?

Mamy właśnie w Polsce awanturę o bezpłatne lub płatne studiowanie na dodatkowym fakultecie. Ale autorzy raportu są niestety ponad takie drobiazgi. Swoje diagnozy, a tym bardziej zalecenia, formułują w tonie ogólnikowym, więc bezpiecznym.

Warunek podstawowy: edukacja

polska-xxi

Warunek podstawowy: edukacja

Polska XXI

Rafał Dutkiewicz

Mądra edukacja to przede wszystkim przygotowanie do samodzielności, otwartości na wyzwania, wspomożenie naturalnej kreatywności młodych umysłów, obudzenie ducha przedsiębiorczości. Pamiętajmy, że nawet najdroższe programy edukacyjne są tańsze od kosztów walki z bezrobociem, wykluczeniem społecznym i patologiami.

Dwa ważne fakty na początek. Jeden to to, że wirus kryzysu finansowego dotarł do Polski, mimo, że nie my go wyhodowaliśmy. Światu grozi recesja, tyle że jej skala nie jest tak naprawdę rozpoznana. Drugi, że Polska wkroczyła w okres niżu demograficznego. Oba fakty, to przykłady cykli cywilizacyjnych: gospodarczych i społecznych.

Jest jednak i trzeci fakt, który zadecyduje o naszej przyszłości: Polska to nadal jeden z najmłodszych krajów Europy, kraj o najwyższej dynamice szkolnictwa wyższego, kraj w którym finanse są relatywnie bezpieczne i na dodatek zabezpieczone ogromną kwotą około 100 mld euro z funduszy unijnych…

Szkolnictwo wyższe bez badań naukowych bardzo szybko ulega degeneracji. Wystarczy porozmawiać z menadżerami jakiejkolwiek firmy z obszaru zaawansowanych technologii aby otrzymać obraz stanu kadr uniwersyteckich. Jakże daleki od oficjalnego optymizmu. Trudno jednak spodziewać się cudów, jeśli najgłębszy spadek finansowania dotknął właśnie sektor nauki w Polsce.

Zostawmy szkoły w spokoju

Zostawmy szkoły w spokoju

Kurier Lubelski 

Z prof. Ryszardem Legutką, sekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta RP, byłym ministrem oświaty, rozmawia Anna Gwozdowska.

Uważam, że jest coś niedobrego w tym, iż młodzież zdaje maturę w wieku lat 19 i 20 i korzysta równocześnie z przywilejów wieku dorosłego. Dlatego uznałem, że powinno zaczynać się naukę rok wcześniej. Prezydent też nie jest przeciwny samej idei.

W 1989 r. uznaliśmy, że szkoły prywatne są lepsze od państwowych. Od tego czasu powstało mnóstwo prywatnych uczelni. I co? Większość nowych szkół jest bardzo złych, a polski Harvard jakoś nie powstał. W szkolnictwie nie obowiązuje żadna uniwersalna doktryna. W Polsce, podobnie jak w innych krajach europejskich, tradycyjnie szkoły są w większości państwowe.

Reforma ministra Handkego miała być taką zmianą. W rzeczywistości mieliśmy w szkołach rewolucję, która spowodowała mnóstwo negatywnych konsekwencji. Twórcy reformy nie byli ich nawet świadomi.

Standardy nauczania muszą być wyższe. Szkoła jest ze swej istoty miejscem frustrującym. Są lepsi i gorsi uczniowie. Uważam, że nie można godzić się na politykę kapitulanctwa. To jest oczywiście politycznie kosztowne. Ten rząd i każdy inny stoi przed trudnym problemem, bo w gruncie rzeczy chodzi o to, aby przyznać się do tego, że do matury powinna przystępować znacznie mniejsza liczba uczniów.