Naukowe mroki Peerelu

Naukowe mroki Peerelu

Nasza Polska, 52

img_3539


Stalinizm na Uniwersytecie Wrocławskim

sztandar

stalinizm

Stalinizm na Uniwersytecie Wrocławskim

Nasza Polska, 51

Wojciech Reszczyński: Powrócił duch PZPR. Nad Uniwersytetem Wrocławskim triumfalnie załopotał wyprowadzony w 1990 r. sztandar PZPR. Powróciła praktyka eliminowania ludzi niewygodnych, tych, których nie lubi gazeta. Cofnęliśmy się do czasów, kiedy dławiono wolność nauki, gdy walczono ze swobodą dyskusji, gdy niszczono niewygodnych ludzi nauki. Powrócił stalinizm.

Prof. Kus pozostaje dyrektorem Centrum Astronomii UMK

cm-umkźródło

Prof. Kus pozostaje dyrektorem Centrum Astronomii UMK

PAP – Nauka w Polsce

Prof. Andrzej Kus, współpracujący ze Służbą Bezpieczeństwa przez 17 lat, pozostanie na stanowisku dyrektora Centrum Astronomii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika (UMK) w Toruniu – zdecydował w poniedziałek rektor prof. Andrzej Radzimiński.

„Po zapoznaniu się ze stanowiskami Rady Centrum Astronomii UMK oraz Rady Wydziału Fizyki, Astronomii i Informatyki UMK, rektor prof. Andrzej Radzimiński informuje, że prof. Andrzej Kus pozostaje na stanowisku dyrektora Centrum Astronomii” – głosi komunikat opublikowany na stronie internetowej uczelni.

Najpierw wotum zaufania prof. Kusowi udzieliła Rada Wydziału Centrum Astronomii, a później za pozostawieniem naukowca na dotychczas zajmowanym stanowisku opowiedziała się Rada Wydziału Fizyki, Astronomii i Informatyki. Centrum Astronomii jest instytutem tego wydziału.

Po wyjściu na jaw agenturalnej przeszłości prof. Kusa władze uczelni informowały, że w grę wchodzić jedynie odwołanie naukowca ze stanowiska kierowniczego, a nie jego usunięcie z UMK ze względu na brak podstaw prawnych.

Z dokumentów IPN wynika, że prof. Kus, noszący pseudonim „Orion”, donosił na przełożonych i kolegów astronomów od 1972 do 1989 r. Naukowiec spotkał się z oficerami SB 81 razy.

Naukowiec nie pisał raportów osobiście, a jedynie podpisywał notatki ze spotkań sporządzane przez funkcjonariuszy. Wiele rozmów utrwalonych przez esbeków dotyczyło charakterystyk pracowników UMK, przełożonych i kolegów naukowca z UMK i PAN.

Zachowały się także dwa pokwitowania przyjęcia gotówki i notatki o wręczonym dwukrotnie w podarunku przez SB alkoholu. Po wyjściu na jaw współpracy prof. Kusa z bezpieką, wielu pracowników i studentów stanęło po jego stronie. Studenci w specjalnym oświadczeniu wyrazili zrozumienie i zapewnili o pełnym zaufaniu do naukowca.

W mediach pojawiły się też informacje, że oprócz profesorów Wolszczana i Kusa agentami SB byli dwaj inni toruńscy astronomowie – nestor radioastronomii prof. Stanisław Gorgolewski i prof. Andrzej Strobel

Stan wojenny a kształt uczelni

wieczorek

Stan wojenny a kształt uczelni

Rzeczpospolita, 15 grudnia 2008

Agent SB napisał książkę dla kombatantów Czerwca’56

poznanski-czerwiec

Agent SB napisał książkę dla kombatantów Czerwca’56

Głos Wielkopolski

Dariusz Matelski, jedyny dotychczas ujawniony tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, napisał książkę dla kombatantów Poznańskiego Czerwca 1956. Publikację sfinansował poznański samorząd, wojewoda i… „Solidarność”.

Starania poznańskich historyków, by władze UAM wyciągnęły wobec Matelskiego konsekwencje za współpracę i donoszenie na kolegów, nie dały żadnego rezultatu. Przeciwnie, można odnieść wrażenie, że ostatnio eks-TW robi karierę. Od czerwca 2008 roku Matelski jest członkiem Rady Naukowej Instytutu Historii UAM, a od października jest profesorem nadzwyczajnym Wyższej Szkoły Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi (wykłada w jej oddziale w Bydgoszczy). 

– On czuje się bezkarny. A może jest dumny z tego, co robił w PRL? Nigdy nie przeprosił mnie i innych, na których donosił – mówi prof. Tomasz Schramm. 

KUL dla ludzi mentalnie suwerennych

kul

KUL dla ludzi mentalnie suwerennych

Rz

– KUL miał opinię uczelni, na której nie trzeba było należeć do PZPR ani ZMP. To przyciągało do niego ludzi mentalnie suwerennych, o silnej motywacji do intelektualnego rozwoju bez oglądania się na okoliczności polityczne – mówi Jerzy Gałkowski, absolwent i wieloletni wykładowca filozofii na KUL.

RZ: Dziś 90. rocznica otwarcia KUL. O ile w okresie międzywojennym był on po prostu jedną z dynamicznie rozwijających się uczelni, w PRL dorobił się legendy oazy wolnej myśli. Ile w tym prawdy?

Jerzy Gałkowski: Tak po prostu było. KUL był wówczas dziwnym tworem, ciałem obcym w organizmie PRL. Władze starały się nas izolować od świata zewnętrznego, co im się w dużym stopniu udawało. Tworzyliśmy więc dość zamknięte środowisko, które niespecjalnie zważało na rzeczywistość zewnętrzną. Mieliśmy co prawda świadomość, że są wśród nas wtyki, ale nie przejmowaliśmy się tym zbytnio.

Czy na KUL, jak na innych uczelniach, istnieje problem z rozliczeniami z przeszłością komunistyczną?

To jedna z najprzykrzejszych dla mnie spraw. Przed kilkoma laty została powołana specjalna komisja, która bada dokumenty IPN. I na razie nie doszła do jednoznacznych wniosków. Jest przy tym problem formalny: profesora nie można w Polsce usunąć ze stanowiska bez wyroku sądu. Musimy przestrzegać prawa.

Abp Stanisław Wielgus, rektor KUL w latach 1989 – 1998, wkrótce po przyznaniu się do współpracy z SB został uhonorowany uniwersytecką nagrodą za całokształt twórczości.

Nagrodę dostał od Towarzystwa Naukowego KUL, a nie samej uczelni. Nad czym zresztą ubolewam i przeciwko czemu otwarcie protestowałem.

Wildstein pokazał choroby świata nauki

etienne-jeaurat

Jak zwalczyć tą chorobę 

Wildstein pokazał choroby świata nauki

Dziennik. JERZY JACHOWICZ W DZIENNIKU

Program Wildsteina zbudowany był na dwóch filarach: pierwszym z nich była sprawa plagiatów oraz pisanych za pieniądze przez wyspecjalizowane firmy prac dyplomowych. Ale, co niesamowite, także naukowych. Drugim filarem była kwestia nasycenia kadry naukowej byłymi agentami SB. To był naprawdę misyjny program. A w dodatku atrakcyjnie podany. Wciągający widza.   

Kierując się starą zasadą, że ryba śmierdzi od głowy, autorzy programu postawili tezę, że oszustwa i nieuczciwość studentów, a także młodych pracowników nauki, którzy kupują gotowe prace, mają swoje źródło w braku klarownych zasad moralnych części starszej kadry. Kiedy zobaczyłem rozmowę telefoniczną dziennikarki z przedstawicielką firmy żyjącej z pisania prac naukowych na zamówienie, miałem wrażenie, że ocieram się o sprawy kryminalne. Pani z firmy, która pomaga oszukiwać system edukacji zapewnia, że „piszemy wyłącznie prace oryginalne”. Ale okazuje się, że to proceder nie tylko powszechny, ale znany i nieścigany prawnie. A rektor Uniwersytetu Wrocławskiego Leszek Pacholski pyta, jak można walczyć z plagiatami, jeśli plagiatorzy są pod niejawną ochroną? Środowisko bardziej niż meritum sprawy interesuje, kto był taki niekoleżeński, że doniósł o plagiacie.

Plagiaty to jednak sprawa mniejszego kalibru w porównaniu do ludzi, którzy w przeszłości byli konfidentami SB. Donosili na kolegów, na swoich przełożonych, torując sobie drogę do własnej kariery. Zdaniem prof. Jadwigi Staniszkis donoszenie to zwykłe świństwo i dla takich ludzi nie powinno być teraz miejsca w nauce. A szczególnie jako wychowawców młodych. Godzili się oni na współpracę – dodaje prof. Staniszkis – bo zżerała ich ambicja, a w wyniku braku talentu nie byli w stanie jej zaspokoić normalną drogą. Uosobieniem tego rodzaju upadku nauczyciela akademickiego jest prof. Uniwersytetu Śląskiego Jan Iwanek (jego współpracę z SB w latach 70. i 80. opisalisywaliśmy na naszych łamach kilkakrotnie). Jego młodszy kolega z tej samej uczelni dr Marek Migalski – również politolog – odważnie stwierdził, że prof. Iwanek nie ma ani moralnych, ani naukowych praw, by wymagać uczciwości od studentów i młodej kadry. O jego cynizmie świadczy fakt, że stanął on na czele uczelnianej krucjaty przeciwko lustracji środowiska akademickiego. Powoływał się przy tym na niezależność uczelni i mówił, że nie można dopuścić do deptania honoru akademickiego.

Zdaniem rektora Pacholskiego najbardziej bolesne jest to, że w środowisku naukowym nawet nikt nie próbuje mówić o byłych donosicielach. Agentura to temat tabu. Milczą w tej sprawie sami konfidenci – to oczywiste. Ale boją się mówić o tym także poszkodowani, choć dawni zdrajcy żyją i pracują teraz obok nich. Dlaczego? Gdyż byliby przez swoich kolegów bardziej potępieni niż dawni konfidenci.

Ciekawe, że prawdziwy głos rozsądku pojawił się w większości wypowiedzi studentów i młodych dziennikarzy będących w studio. Z jednej strony wszyscy oni dostrzegali schorzenia środowiska akademickiego. Ale też niemal jednym głosem twierdzili, że najlepszym momentem na jego ozdrowienie, na przerwanie pępowiny łączącej z czasami PRL był rok 89. A dziś oczyścić uczelnie z tych negatywnych naleciałości będzie bardzo trudno.

 

Na uczelniach bez zmian

tvp

Na uczelniach bez zmian 

Bronisław Wildstein przedstawia 03.12.2008

Po upadku komunizmu większość polskich instytucji przeszła radykalną transformację. Szkoły wyższe nie zmieniły się jednak na jotę. A przecież powinny wytwarzać elity, które budują przyszłość kraju i modelują wzorce zachowań. 
Czy uniwersytety w PRL osiągnęły kształt doskonały?  Czy stare, dobre uniwersytety są dziś Świątyniami Nauki? 
BRONISŁAW WILDSTEIN PRZEDSTAWIA różne twarze zjawiska, który jedno ma imię: kryzys etyczny uniwersytetów. 
Przypadek wielkiego astronoma Aleksandra Wolszczana wstrząsnął Polską, ale nie był to przypadek typowy. Zwykle mało wybitni naukowcy podejmowali współpracę z SB, a agenturalność pomagała im robić naukowe kariery. 
Niezwykła tolerancja dla plagiatu, to inny przejaw schorzenia. Na pierwszy rzut oka nie ma związku z przyzwoleniem dla dawnych konfidentów w roli akademickich wykładowców. Ale jeśli traktujemy uniwersytety poważnie, nie możemy sprowadzić ich do roli fabryk, produkujących specjalistów. A uczciwych specjalistów nie da się wykształcić poza etyką. 
Dlatego zrywamy zmowę milczenia wokół ciemnych stron polskich uczelni!

Cenzura – czubek góry lodowej!

cenzura-ok

przykład cenzury

Cenzura – czubek góry lodowej!

Nasz Dziennik

O metodach pracy cenzury w czasach PRL i współczesnych jej formach z dr. Zbigniewem Romkiem z Instytutu Historycznego PAN rozmawia Marek Zygmunt

Panie Doktorze, jak w propagandzie PRL funkcjonowało zagadnienie wolności słowa?
– Odpowiedzialny w centralnych władzach partyjnych za sprawy prasy, propagandy i nauki Jakub Berman w swym przemówieniu w maju 1945 roku, nawiązując do manifestu PKWN oraz oświadczeń Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, zgodnie z ówczesnymi deklaracjami Stalina, obiecywał budowę Polski demokratycznej na wzór państw europejskich. Dodał jednocześnie, iż Polska będzie także wzorowała się na „demokracji radzieckiej”. Słowo „demokracja” w jego wypowiedzi było użyte jedynie w charakterze figury retorycznej, charakterystycznej dla propagandy komunistycznej czasów powojennych, zgodnej z radziecką taktyką przejmowania wpływów w krajach Europy Środkowej i z taktyką przejmowania władzy w krajach podporządkowanych komunistom. Zgodnie z przyjętą w tamtym okresie retoryką komunistów zadania Głównego Urzędu Kontroli Prasy i Widowisk prezentował jako ważną misję szerzenia wolności słowa i obrony swobód demokratycznych przed jej przeciwnikami, którzy chcieliby wolność wykorzystać do wskrzeszenia Polski przedwrześniowej, przedstawianej jako faszystowska i antydemokratyczna. Tadeusz Zabłudowski, ówczesny szef cenzury, dodał do wypowiedzi Bermana, że „każdy, kto stoi na gruncie demokracji, każdy, któremu dobro narodu, dobro ludu leży na sercu, może mieć możliwość wypowiadania swej opinii i powinien korzystać z wolności słowa. Ale nie damy wolności słowa bratobójcom. Wolność słowa nie polega na tym, że każdy może wykrzykiwać to, co godzi w społeczeństwo, godzi we wspólny interes społeczeństwa, rzecz prosta na to wolności słowa nie ma, wolności prasy nie ma i być nie może”. 

Główna praca cenzorska odbywała się bowiem już na szczeblu redakcji i wydawnictw. Tam byli ludzie odpowiedzialni za należytą linię partyjną i właściwe podejmowanie tematów zgodne z wytycznymi KC czy KW PZPR. Tam było powiedziane, jak należy pisać. Autor zderzał się z cenzurą, często nie spotykając się nawet z samym cenzorem. Już na etapie kontaktu z redaktorem, który przyjmował od niego maszynopis, wiedział, czy będzie on przyjęty do druku, czy też nie. To samo działo się z instytucjami naukowymi, dla których obowiązywał pewien plan tematyczny. Wiadomo, że zagadnienia dotyczące np. Katynia, spraw sowieckich nie były do podjęcia, ponieważ Rada Naukowa Wydziału nie zatwierdzi takiej pracy. Kiedy zetknąłem się z aktami samej cenzury, doszedłem do wniosku, że Główny Urząd patrzył już tylko na pewne aluzje, słówka. Każdy tekst był czytany jak publicystyka polityczna. Choć artykuł dotyczył średniowiecza, zwracano uwagę na to, czy nie zawiera on jakichś krytycznych aluzji do czasów współczesnych. W zasadzie wszyscy twórcy musieli współpracować, współuczestniczyć w cenzurowaniu. Jeżeli jakaś redakcja się z tego wyłamywała, ponosiła wtedy określone konsekwencje. 

Nauka i media w służbie PRL

pkin

Dialog z PRL-em

Nauka i media w służbie PRL

Nasz Dziennik, Sobota-Niedziela, 22-23 listopada 2008, Nr 273 (3290)

Dziennikarze i naukowcy, w tym historycy, należeli w PRL do grup zawodowych najbardziej infiltrowanych przez komunistyczne służby specjalne, choć wiele dokumentów na ten temat jest wciąż niedostępnych dla badaczy. O tych problemach dyskutowano podczas trzydniowej konferencji naukowej. 

Prezes Instytutu Pamięci Narodowej Janusz Kurtyka podkreślił, że partia komunistyczna dążyła do tego, aby historycy włączyli się „w realizację propagandy dziejowej”. Dlatego badania historyczne były kontrolowane przez władze, a interpretacja zdarzeń z naszej historii była narzucana przez komunistów i mogła się zmienić tylko wtedy, gdy zmieniały się cele i strategia PZPR. 
Profesor Krzysztof Kawalec z Uniwersytetu Wrocławskiego nie ma wątpliwości, że skutki PRL wciąż odczuwamy. – Nie jestem do końca przekonany, czy upadek komunizmu zlikwidował wszelkie blokady. Gdybym miał np. ponownie dzisiaj pisać o endecji, to bardzo bym się nad tym zastanawiał – stwierdził Kawalec. Prawomyślności naukowców, a jeszcze bardziej dziennikarzy pilnowała również cenzura. Doktor Zbigniew Romek z Instytutu Historycznego PAN zauważył, że najważniejsza cenzura odbywała się już na etapie redakcyjnym, a dopiero później na wyższych szczeblach. Przypominając procedury obowiązujące przy wyjazdach polskich uczonych do państw kapitalistycznych, dr Patryk Pleskot z IPN w Warszawie stwierdził m.in., że często to nie polityka, ale układy towarzyskie decydowały o tym, kto wyjeżdżał, kto był typowany do wyjazdów zagranicznych. Dodał, że często w tej kwestii przecenia się rolę SB.
Marek Zygmunt, Wrocław