Jeśli mamy się liczyć na światowym rynku nauki, nie możemy przypominać radzieckich żołnierzy idących z karabinami na sznurku

Z karabinami na sznurku

Tygodnik Powszechny

Michał Bardel: Od niemal 30 lat przygląda się Pan zmianom w polskiej nauce, jako uczony i jako osoba zajmująca ważne stanowiska w administracji. Czy są to zmiany na lepsze?

Tadeusz Gadacz: Myślę, że należy na nie spojrzeć najpierw od strony fenomenu, którym się chlubimy, a mianowicie pięciokrotnego wzrostu liczby studiujących (to chyba najwyższy wskaźnik w Europie). Musimy pamiętać, że ten potężny wzrost liczby studentów nie pociągnął za sobą wyraźnego zwiększenia nakładów na naukę, liczby książek w bibliotekach, sal wykładowych, wreszcie – co najważniejsze – nie zwiększyła się istotnie liczba wykładowców.

Po wejściu Polski do UE nałożył się na to jeszcze proces boloński, a wraz z nim konieczność spełniania standardów kształcenia wspólnych wszystkim krajom Unii. Podlegamy w tej chwili tym samym procedurom co kraje zachodnie, ale jeśli uświadomimy sobie dysproporcje PKB i różnice w nakładach na naukę, to rodzi się pytanie, kto tę reformę ma w Polsce realizować. Jeśli mamy się liczyć na światowym rynku nauki, nie możemy przypominać radzieckich żołnierzy idących z karabinami na sznurku.

Największe sukcesy pracowicie przekuwamy w klęski

Dobrze, ale nie tragicznie

Tygodnik Powszechny

W ocenę stanu polskiej nauki i szkolnictwa wyższego wpisany jest paradoks: największe sukcesy pracowicie przekuwamy w klęski.  Stan faktyczny 21 lat po transformacji można opisać tak:

W ciągu dwóch dekad dokonała się w Polsce rewolucja edukacyjna: mamy prawie dwa miliony studentów (ok. pięć razy więcej niż w 1989 r.), a stopień powszechności studiów wyższych w Polsce należy do najwyższych w Europie; posiadanie tytułu magistra wiele w Polsce daje (premia płacowa za wyższe wykształcenie jest wysoka nawet na tle krajów zachodniej Europy); polskie szkolnictwo wyższe stało się częścią systemu europejskiego, z czego wynika wiele pozytywów: studenci i pracownicy naukowi coraz częściej wyjeżdżają do innych krajów Unii; polska nauka i szkolnictwo wyższe dostosowują się – powoli, bo powoli – do wymagań europejskich; dorobek naszych naukowców, np. chemików, matematyków czy astrofizyków, jest znany i szanowany w świecie.

Ten często przywoływany zestaw faktów i statystyk jest oczywiście prawdziwy. A jednak – w szerszym kontekście – stanowi element naukowo-dydaktycznej gry pozorów.

 

Studia doktoranckie stały się szkółką

Raport trzeciego stopnia

Tygodnik Powszechny

Studia doktoranckie stały się szkółką, która ma niewiele wspólnego z pracą naukową – wnioski z pierwszych w Polsce badań jakości kształcenia na studiach doktoranckich są niewesołe.

Raport „Studia doktoranckie na UJ. Głos doktorantów” powstał w ramach projektu koordynowanego przez Ewę Krzaklewską. W 2009 r. Zespół ds. Jakości Kształcenia Towarzystwa Doktorantów UJ przeprowadził elektroniczną ankietę.

– W 2005 r. wprowadzono nowelizację ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym, która zmieniała umocowanie doktorantów na uniwersytecie, odbierała im uprawnienia pracowników naukowych, zamieniała doktorat w trzeci stopień studiów, pozbawiając jednocześnie ich uczestników zniżek przysługujących wszystkim grupom związanym ze szkolnictwem wyższym (mają je studenci i pracownicy naukowi) – wylicza Tomasz Pugacewicz, prezes Towarzystwa Doktorantów UJ. – Chcieliśmy zobaczyć, czy wprowadzono rozwiązania, które zakładała ustawa.