Pamiętajmy o Annie Walentynowicz

Pamiętajmy o Annie Walentynowicz

Rz

Niedawno rząd Donalda Tuska zaangażował się w przedsięwzięcie, którego nie sposób obronić. Polegało ono na zablokowaniu prac historyków nad polską historią najnowszą poświęconych Lechowi Wałęsie. Tym samym rząd i najbardziej dziś w Polsce wpływowe środowiska opiniotwórcze usiłują odgórnie narzucić kanon naszej najnowszej historii, którego bronić ma nowe wcielenie cenzury w wolnym już kraju.

Kto się boi Wałęsy?

Obrońcy tego kanonu nie wahają się skutecznie prześladować niewygodnych sobie badaczy, czego dowodzą choćby losy dwóch młodych i niezwykle obiecujących historyków: Sławomira Cenckiewicza i Pawła Zyzaka. Spoza wielkich słów, które uzasadniać mają cenzorskie i zastraszające działania, wyłania się interes środowisk i osób żywotnie zaangażowanych, aby niewygodna dla nich prawda nie ujrzała światła dziennego, i polityczny interes ugrupowań wchodzących z nimi w alianse.

Przypadek Anny Walentynowicz pokazuje drugą stronę owej instrumentalnie konstruowanej pamięci historycznej. Bezkrytyczne hagiografie jednych pisane są kosztem wykluczania z naszej historii innych jej aktorów. Postawieni zostaliśmy przed z gruntu fałszywym wyborem: albo Anna Walentynowicz, albo Lech Wałęsa. W rzeczywistości polska historia zdoła pomieścić wszystkich swoich aktorów. Odsłonięcie niechlubnych kart z życia bohaterów nie unieważnia ich wielkich czynów. Tak jak ich niekwestionowane dokonania nie czynią z nich osób nietykalnych, którym wolno łamać prawo i krzywdzić innych.