Jeszcze jeden potwór na uniwersytecie

Potwór na uniwersytecie

Polska- Dziennik Zachodni

Czy znany politolog dr Marek Migalski jest szykanowany za swoje poglądy? I co wspólnego ma z tym prof. Jan Iwanek – sprawdzała Agata Pustułka

Większość współpracowników odwróciła się od niego w maju ubiegłego roku, gdy publicznie zakwestionował kwalifikacje moralne i naukowe prof. Jana Iwanka do kierowania Instytutem Nauk Politycznych i Dziennikarstwa. 

– Powiedziałem wtedy, że był tajnym współpracownikiem SB i że w związku z tym nie powinien być dyrektorem – mówi Migalski. – Mimo tego prof. Iwanek został szefem Instytutu i otrzymał w głosowaniu miażdżącą przewagę głosów. Dwudziestu dwóch pracowników było „za” a dwóch, w tym ja, „przeciw”. 

Właściwie wtedy zaczęła się między Migalskim i Iwankiem otwarta wojna. – Przestałem mu mówić dzień dobry, bo na moje powitanie nie odpowiadał – wyjaśnia Migalski. 

Gdy prawie trzy lata temu fakty związane z podjęciem przez Iwanka współpracy z SB ujawniły media, naukowiec udzielił „Dziennikowi Zachodniemu” wywiadu, w którym stwierdził: To są wydarzenia sprzed 35 lat. Rozpoczęły się w czasie moich studiów i wtedy też się zakończyły. Trwało to może rok. Odbyłem kilka spotkań z tzw. opiekunem uniwersytetu. (…) Żeby można określić kogoś mianem „tajnego współpracownika” musiał spełniać cztery wyznaczniki. Musiał być świadomy, czynny, tajny i operacyjny. Jak ich nie spełniałem. Dlatego nazywanie mnie agentem to jest nadużycie. 
Dla profesora Iwanka atak Migalskiego był szokiem.
– To był mój student, ja go przyjąłem na studia doktoranckie, byłem przewodniczącym jego komisji doktorskiej, a dwa lata temu wnioskowałem o przyznanie mu nagrody – tłumaczy Iwanek. 
Kolejnym punktem zapalnym okazała się sprawa otwarcia przewodu habilitacyjnego przez Migalskiego. 

– Chciałem porównać systemy polityczne Polski i Czech. Od prof. Iwanka usłyszałem jednak, że muszę zmienić temat, bo ten się nie nadaje. W Katowicach nawet nie starałem się o zgodę na otwarcie przewodu, bo i tak bym jej nie dostał. Postanowiłem spróbować na innym uniwersytecie – mówi Migalski. 
Otrzymał zgodę dziekana na otwarcie zewnętrznego przewodu habilitacyjnego. 
– Większość przyjęła ten fakt z ulgą – twierdzi jeden ze znajomych Migalskiego. 
– Pozbycie się Migalskiego było na rękę władzom uczelni. Przecież ci ludzie jeszcze niedawno gloryfikowali komunizm, a teraz uczą studentów o wyższości demokracji. Sprawa Migalskiego nie stała się początkiem moralnej rewolucji na uniwersytecie. 

Dziś Migalski znajduje się w defensywie. Jest cały czas pracownikiem naukowo-dydaktycznym Uniwersytetu Śląskiego, prowadzi zajęcia ze studentami, ale otwarcia przewodu habilitacyjnego odmówiły mu już uczelnie we Wrocławiu i Krakowie. Odrzucenie wniosków Migalskiego może wyglądać na polityczną intrygę. Bo jak wyjaśnić fakt, że powołana przez Radę Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego pięcioosobowa komisja oceniająca dorobek Migalskiego uznała jednogłośnie, że stanowi on wystarczającą podstawę do wszczęcia przewodu habilitacyjnego, a na posiedzeniu rady wydziału wniosek ten został odrzucony głosami pozostałych członków rady?

Gdy o przyszłości Migalskiego decydowali profesorowie z Krakowa znany był już inny list, jaki napisali koledzy Migalskiego z Wydziału Nauk Społecznych. 

List ten zaś był pokłosiem występu Migalskiego w programie Bronisława Wildsteina, w którym po raz kolejny potępił fakt, że na czele Instytutu stoi prof. Jan Iwanek. 

– Protestujemy przeciwko szykanowaniu, obrażaniu, pomawianiu i dezawuowaniu pracowników Instytutu. Pragniemy podkreślić, że emocjonalna i oparta na osobistych urazach opinia jednego pracownika nie może być utożsamiana i rozumiana jako stanowisko wszystkich jego pracowników – czytamy w piśmie, w którym jednoznacznie nauczyciele pokoleń śląskich dziennikarzy odcięli się od Migalskiego. 

W najnowszym lutowym wydaniu „Gazety Uniwersyteckiej” ukaże się raport komisji historycznej Uniwersytetu Śląskiego, która zajmowała się sprawą lustracji pracowników. Pojawią się w nim pseudonimy Tajnych Współpracowników oraz opis ich działalności. Nie będzie żadnych nazwisk. 
Nauczycieli akademickich, który donosili SB, nie spotkają żadne konsekwencje. Rektor nie ma umocowań prawnych, by np. pozbawić ich zajmowanych stanowisk.