Nauka i media w służbie PRL

pkin

Dialog z PRL-em

Nauka i media w służbie PRL

Nasz Dziennik, Sobota-Niedziela, 22-23 listopada 2008, Nr 273 (3290)

Dziennikarze i naukowcy, w tym historycy, należeli w PRL do grup zawodowych najbardziej infiltrowanych przez komunistyczne służby specjalne, choć wiele dokumentów na ten temat jest wciąż niedostępnych dla badaczy. O tych problemach dyskutowano podczas trzydniowej konferencji naukowej. 

Prezes Instytutu Pamięci Narodowej Janusz Kurtyka podkreślił, że partia komunistyczna dążyła do tego, aby historycy włączyli się „w realizację propagandy dziejowej”. Dlatego badania historyczne były kontrolowane przez władze, a interpretacja zdarzeń z naszej historii była narzucana przez komunistów i mogła się zmienić tylko wtedy, gdy zmieniały się cele i strategia PZPR. 
Profesor Krzysztof Kawalec z Uniwersytetu Wrocławskiego nie ma wątpliwości, że skutki PRL wciąż odczuwamy. – Nie jestem do końca przekonany, czy upadek komunizmu zlikwidował wszelkie blokady. Gdybym miał np. ponownie dzisiaj pisać o endecji, to bardzo bym się nad tym zastanawiał – stwierdził Kawalec. Prawomyślności naukowców, a jeszcze bardziej dziennikarzy pilnowała również cenzura. Doktor Zbigniew Romek z Instytutu Historycznego PAN zauważył, że najważniejsza cenzura odbywała się już na etapie redakcyjnym, a dopiero później na wyższych szczeblach. Przypominając procedury obowiązujące przy wyjazdach polskich uczonych do państw kapitalistycznych, dr Patryk Pleskot z IPN w Warszawie stwierdził m.in., że często to nie polityka, ale układy towarzyskie decydowały o tym, kto wyjeżdżał, kto był typowany do wyjazdów zagranicznych. Dodał, że często w tej kwestii przecenia się rolę SB.
Marek Zygmunt, Wrocław

List otwarty w obronie wolności słowa

konstytucja1

List otwarty w obronie wolności słowa

Rz

Socjolog prof. Andrzej Zybertowicz został skazany prawomocnym wyrokiem za zdanie, które pojawiło się w jego publicystycznym artykule w „Rzeczpospolitej”.

Brzmiało ono: „Adam Michnik wielokrotnie powtarzał: ja tyle lat siedziałem w więzieniu, to teraz mam rację”. Jest rzeczą oczywistą, że zdanie to nie miało charakteru cytatu, ale parafrazy. Miało ono, zdaniem autora, ilustrować sposób argumentacji Michnika. My, niżej podpisani, bez względu na to, czy zgadzamy się z takim podsumowaniem argumentacji Michnika, czy uważamy je za przesadne, twierdzimy, że publicysta ma prawo formułować tego typu, również błędne, opinie na temat uczestników publicznej debaty. Sytuacja, gdy sąd rozstrzyga trafność publicystycznego artykułu, a jeśli nie zgadza się z nim, skazuje jego autora, jest absolutnie nie do przyjęcia. Jest aktem cenzury i łamaniem wolności słowa. Nie pierwszy raz Adam Michnik pozywa swoich krytyków przed sąd i nie pierwszy raz uzyskuje wyrok za głoszenie nieprzychylnych mu opinii. Problemem nie jest jednak osoba redaktora „Gazety Wyborczej”, ale praktyka, która daje sądom władzę skazywania autorów za ich opinie. Jako osoby piszące i formułujące swoje oceny nie możemy się zgodzić, aby wpływowe postacie wykorzystywały sądy w naszym kraju dla zamykania ust swoim krytykom. Dlatego stwierdzamy publicznie: podpisujemy się pod zdaniem, które wygłosił prof. Andrzej Zybertowicz. Powtarzamy: Adam Michnik wielokrotnie argumentował: ja tyle lat siedziałem w więzieniu, to teraz mam rację.

Poparcie dla listu można wyrazić wypełniając formularz. Nazwiska osób popierających opublikujemy na stronie rp.pl