Procent kiepskich profesorów jest taki sam jak kiepskich studentów

Studenci już się nie buntują

Tygodnik Powszechny

Tadeusz Sławek: Młodzież jest dziś taka sama, choć funkcjonuje w innym środowisku. Spora liczba młodych ludzi pojmuje wiedzę jako umiejętność naciśnięcia właściwego klawisza komputera. Mirosław Handke: Procent kiepskich profesorów jest taki sam jak kiepskich studentów. Tyle że studenta można oblać, a profesora nie można wyrzucić.

Handke: Dziś doszliśmy do sytuacji, w której prawie 90 proc. populacji zdaje egzamin dojrzałości. Zdecydowana większość maturzystów idzie na studia, tymczasem niektórzy twierdzą, że mentalnie do pełnych studiów akademickich zdolne jest ok. połowy populacji. Jeżeli wskaźnik skolaryzacji na studiach przekracza 50 proc., to musi to się dziać kosztem obniżenia ich poziomu.

Sławek:  Problemem jest też system prawny, np. rektor uczelni ma związane ręce: czy chciałby przyjąć wyłącznie najlepszych, czy nie, musi swoim pracownikom zapewnić pensum.

Handke:  Na uczelniach wyższych ciągle kwitnie PRL

Sławek: Obraz sytuacji jest nieczysty – bo okrzyk „bądźmy jak Amerykanie” płynie przecież z Brukseli, która chce, by uczelnie szukały pieniędzy w biznesie. A równocześnie realia w ogóle nie są amerykańskie. Nawet na Zachodzie Europy. Co więcej: polskie prawo, zwłaszcza dotyczące zatrudnienia na uczelni, jest beznadziejne. W związku z tym mamy dwie tendencje: tę naturalną, dążącą do wykształcania się hierarchii uniwersytetów z elitą na czele, i drugą, która to deformuje. W efekcie będziemy jeszcze długo otrzymywać monstrualne hybrydy: z jednej strony będziemy się uważać za doskonałych, a z drugiej pierwsza kontrola wypomni rektorowi, że profesorowi X brakuje 20 godzin do pensum.
Polskie szkolnictwo wyższe jest przebiurokratyzowane i przeadministrowane.

Handke: Niestety. Ale to też wskazuje na kolejny element PRL w szkolnictwie wyższym. Zapłaciło ono wysoką cenę za to, że ustawa o szkolnictwie wyższym powstała już w połowie roku 1990, nie mogła więc przewidzieć tego, co zdarzyło się później. W efekcie spetryfikowała zły system. Nałożyły się na to gwarancje, jakie dano profesorom – analogiczne do Karty Nauczyciela w  szkolnictwie. Zapewniono im spokojny byt, system administracyjnych awansów, brak zasad selekcji do profesury; rozmydlono stopnie naukowe. Nie ma dziś limitów na liczbę profesorów, a równocześnie utytułowany profesor nie musi nawet udawać, że pracuje – i nic mu nie grozi. Procent kiepskich profesorów jest taki sam, jak kiepskich studentów. Tyle że studenta można oblać, a profesora nie można wyrzucić.

Sławek: Przybyło kilkaset procent studentów, ale tylko 7 procent kadry. To właściwie nie wymaga komentarza. Moją ciągłą pretensją jest to, że nasz system wciąż nie dowartościowuje jakości dydaktyki. W awansie profesorskim praktycznie się ona nie liczy.

Handke: Jakość profesora w dużej mierze może wymusić student, ale to mechanizm zwrotny, gdyż tylko dobry i umotywowany student będzie o to zabiegał. U nas, niestety, te mechanizmy nie funkcjonują.

Handke: Jest wiele przyczyn. M.in. taka, że mierny naukowiec, jeśli tylko będzie realizował wymogi ustawowe, może dojść do tytułu profesora zwyczajnego. Każdy stopień naukowy jest opleciony gąszczem szczegółowych przepisów, zamiast systemu akredytacji, który sprawdzałby jakość promowanych doktorów i profesorów. Tymczasem u nas zamiast akredytacji działa peerelowski system, który np. dla pewnych uprawnień wymaga ośmiu, niekoniecznie wybitnych, samodzielnych pracowników naukowych, a pięciu wybitnych naukowców (nawet noblistów) – uprawnień nie zapewnia. W ten sposób nie promujemy w ogóle wybitnych i niepokornych. Bo światoburcze koncepcje, nawet jeśli są nieprawdziwe, w nauce są rozwijające, gdyż powodują ferment, wzniecają dyskusję. A takie w obecnym systemie są utrącane. W zamian dominuje rzemieślnicze podejście do nauki, z koncepcjami poprawnymi, w których jednak nie ma nic dla nauki przełomowego.
Musimy to zmienić, ale nasze środowisko nie jest do tego zdolne. Próbowałem jako minister i przegrałem. Po moim odejściu powstała ustawa, która spetryfikowała istniejący układ. Jestem więc przekonany, że zmiany w szkolnictwie wyższym może przeprowadzić tylko ktoś spoza środowiska.

Sławek: Rzeczywiście, nasze środowisko musi zdać sobie sprawę, że w jego obecnym stanie zreformować się go nie da. Rzecz bowiem nie w regulacjach prawnych, bo prawem nie da się opisać postaw, których brakuje.

Handke: Chcenie także można w pewnym stopniu wymusić. Dziwiłbym się, gdyby profesorowie chcieli zmian działających przeciw ich wąsko rozumianemu interesowi. Kto zrezygnuje z dodatkowego etatu czy innych beneficjów? Tymczasem zmiana w szkolnictwie wyższym musiałaby się zacząć od ich odbierania. Nie chodzi nawet o te czysto finansowe, lecz np. o pewność zatrudnienia do emerytury. Dziś profesor nie musi się o nic starać, bo nikt go z pracy nie wyrzuci.

Sławek: Tyle że każdy profesor, na podstawie owego słynnego algorytmu, przynosi uczelni pieniądze.

Handke: To jeden z petryfikujących zły system mechanizmów. A inny polega na tym, że uczelnie są przedemokratyzowane. Rektor ani dziekan niewiele mogą zrobić, bo jakąkolwiek zmianę chciałby przeforsować dziekan, musi przejść przez Radę Wydziału, na której spotykają się interesy zasiadających w niej profesorów.

A studenci?

Handke: Często bywają przede wszystkim przedmiotem manipulacji, co widać podczas wyborów rektorskich: kto kupi sobie studentów, zwiększa szanse wygranej, bo ich głosy to ok. 20 proc. A studenci mają w nosie, jaka będzie uczelnia, bo nie czują się z nią związani.

Biznes studencki

Już nikt w Krakowie nie patrzy podejrzliwie na studentów, którzy zakładają własne firmy i zarabiają pieniądze
Biznes pod okiem profesora
Dziennik Polski, 20.10.2008

40 tys. zł dotacji, porady prawne, nauka pisania biznesplanów – krakowskie uczelnie coraz częściej pomagają studentom w zakładaniu własnych firm. Z pomysłami na biznes zgłaszają się już nawet „pierwszaki”. – Sam dyplom nie wystarcza. Na rynku liczy się przedsiębiorczość – tłumaczą.